Miesięczne archiwum: Luty 2018

Królicza norka – zapoznanie z bohaterkami

Moja siostra Gosia w listopadzie zapragnęła nagle zostać opiekunką królików. Najpierw miała kupić królika w sklepie zoologicznym, ale potem znalazła fundację, która opiekuje się królikami, które straciły dach nad głową i znalazły się na bruku. Królików z tego miejsca się nie kupuje, tylko adoptuje. Gosia zakupiła już w grudniu całe wyposażenie króliczej „norki” i czekała na przybycie królewskich gości. Czas płynął i płynął, aż wreszcie nastał dzień odbioru królików z fundacji. Najpierw miał to być królik czarny jak noc. Ale kiedy okazało się, że tak zapuścił  korzenie głęboko w króliczą społeczność, że nie ma mowy, żeby znów go wyrywać z niej, to Gośka zdecydowała, że zaadoptuje  dwie królicze siostry, które czekały już rok na nowy dom.

I oto mam zaszczyt je Wam przedstawić.

Biała króliczka jest odważniejsza, nazywała się Wika, ale Gośka przechrzciła ją na Panterę, a ta w paski nazwała się Milka, a Gośka nazywa ją Tygrysem. Króliczki do Gosi już się przyzwyczaiły, ale do mnie jeszcze nie. Ja mówię dla nich trochę za głośno i nazywam je po staremu , bo tak mi łatwiej.

Sami widzicie, że podobnie jak Mały Książę, siedzę i czekam, aż się oswoją. Nie robię nagłych ruchów, tylko czasem coś powiem, albo się ucieszę!

Wika jest bardziej odważna, choć lubi królicze tunele.

Milkę określiłbym jako nieśmiałą, ale moja mama mówi, że jest  wycofana…

Króliki lubią nocne życie. Ostatnio buszowały w wiklinowym tunelu, przetoczyły go i uderzył mocno w kuwetę. Rodzice obudzili się o 3 nad ranem wystraszeni, że coś przetoczyło się i spadło z dachu.

Będę dzielił się z Wami opowieściami z króliczej norki.

Bal karnawałowy

„Był karnawał, w karnawale wszyscy bardzo lubią bale. Pchła więc myśli: doskonale! Bal wyprawię, lecz nie u mnie, Trzeba przecież żyć rozumnie. Rozpisała zaproszenia, że bal będzie u szerszenia i że właśnie on zaprasza na sobotę. Dobra nasza.” (fragment „Pchły Szachrajki” Jana Brzechwy)

W naszej szkole zawsze jest bal w karnawale. W ubiegłym roku byłem chory, więc bal pod tytułem „morskie opowieści” przeszedł mi koło nosa. Do tej pory leżą nie zszyte spodnie z delfinem i rozgwiazdami, których mama nie skończyła, bo wraz z moją chorobą skończyła się jej motywacja.

W tym roku przebieraliśmy się za postacie z bajek. Mama długo myślała, ale w końcu wpadła na to, że jak ja lubię Domisie, to chętnie wcielę się w postać jednego z nich. Najpierw myślała, żeby taki strój skopiować, ale bała się, że ogrom pracy ją przytłoczy i znowu czegoś nie skończy (jak tych spodni z delfinem) więc zrobiła tak jak robię ja – poszła  na skróty. Znalazła czapkę kominiarkę – niestety czarną. Żaden Domiś nie ma czarnych włosów, więc wymyśliła, że włosy będą modne – w pasemka – i z filcu zrobiła paski, w które wszyła kreatywne druciki z włoskami. Przyszyła do kominiarki i fryzura a la Eryk była gotowa. Na strój przerobiła stary sweter. Doszyła guziki i torbę, a na dłonie dostałem rękawiczki – mitenki.

Bal się udał doskonale i zostałem królem balu.

Zdjęcia z balu są na  stronie klasy 5a

Dobrze się bawiłem i do końca wytrwałem w czapce Domisia, choć nie było łatwo.

Tańczyłem cowboyskie kawałki z Panią Kasią.

A na koniec dostałem niebieską szarfę!

Na zdjęciu widać, jak byłem zmęczony noszeniem domisiowej fryzury.

Maks maluje pawia

Maks nie bardzo lubi prace plastyczne, ale stara się malować szczególnie kiedy jest na zajęciach w SCEK na Jezuickiej. We wtorek pojechał tam ze swoją klasa i malował pawia…

Na Placu Zamkowym nie było widać śniegu. Idąc na Jezuicką zobaczyliśmy postać na parapecie okiennym…

…na szczęście nie był to człowiek, tylko artystyczna wizja reklamy. Nie wiem czy to jest dobra reklama dla hotelu, kiedy gość siedzi z walizką na parapecie okiennym, na zewnątrz budynku. Jedno jest pewne – zwraca uwagę, choć mały napis na walizce nie jest zbyt czytelny.

W Stołecznym Centrum Edukacji Kulturalnej czuję się jak w domu, gdyż od pięciu lat jeździmy do Pani Asi i  malujemy…

Znamy Panią Asię, a Ona na nas zna się!

Tego dnia malowaliśmy pawia…

Ja zacząłem tak, od ogona, bo paw samiec – to ogon!

Pozostałem do końca wierny tej wizji. Paw z ogonem jak choinka.

Przybywało kolorowych kresek i dla mnie by to już wystarczyło, ale na Jezuickiej uczymy się też tego, że kartka musi być pokryta farbą.

Już z mniejszym entuzjazmem zająłem się malowaniem tła. Wiecie jak ciężko jest wystać przy sztaludze? Nasza klasa jest już zahartowana, ale koledzy z klasy drugiej odpadali od sztalug jak alpiniści od ściany i siadali gdzie się dało, żeby dać odpocząć nogom.

Dałem radę zapewnić pawiowi tło adekwatne do kolorowego ogona. Nie żałowałem farby i skończyłem pracę.

Pani Asia jednak poprosiła, żebym potraktował pawia bardziej po ludzku i namalował mu dziób, żeby miał czym jeść i oko, żeby mógł zobaczyć swój ogon. Niechętnie, ale wstałem i palcem umoczonym w niebieskiej farbie zafundowałem pawiowi oko. Namalowałem też dziób i w ten sposób odszedłem od pierwotnego założenia, że samiec paw to ogon. Nie, nie! Dzięki namalowanemu dziobowi mój paw może też sobie pokrzyczeć i w ten sposób sam siebie zaprezentować.

Po malowaniu zasłużony odpoczynek i szklaneczka wody. Kiedyś nie lubiłem pić wody, ale mama mnie przekonała, że szklaneczka wody między posiłkami to dobry zwyczaj.

Wracamy przez Rynek Starego Miasta. Humor mi dopisuje.

Mogę się z Wami podzielić myślą, która przeleciała mi przez głowę. Warto nawet dla malowanego pawia przezwyciężyć swoje zmęczenie i namalować mu oko i dziób, żeby żył pełnią swojego ptasiego życia.

Pani Asi podobał się ogon mojego pawia, powiedziała,ze jest to jedyny paw na świecie z choinkowym ogonem.