Wszystkie wpisy, których autorem jest Maks Grochowski

Wycieczka do Skandynawii

Po majowym weekendzie pojechaliśmy do Gdyni, gdzie zwiedzaliśmy dwa obiekty :

Statek Muzeum  „Dar Pomorza” i Muzeum Emigracji.

Statek szkoleniowy „Dar Pomorza”  odbył pod polską banderą 102 rejsy. Ostatni we wrześniu 1981 r. do Kotki w Finlandii.

Kiedy byliśmy w ubiegłym roku w Gdyni zwiedzaliśmy Statek- Muzeum” Błyskawica”, który jest zacumowany tuż przed „Darem Pomorza”.

Natomiast moja mama zwiedzała poprzedni Okręt Muzeum „Burza”, który stał w tym porcie i  był udostępniony do zwiedzania od 1960 do 1976.


Można powiedzieć, że w zwiedzaniu statków jesteśmy rodzinnie zaangażowani.

Po zwiedzeniu statku poszliśmy na obiad do Tawerny, ale nie tej w porcie, tylko tej w parku, a po drodze minęliśmy restaurację Bollywood.

Zanim podjechaliśmy do Muzeum Emigracji zobaczyliśmy łódź podwodną „Sokół”.

Taki okręt podwodny robi wrażenie, a gdybyście chcieli go zwiedzić to też jest taka możliwość.

Muzeum Emigracji utworzono w budynku Dworca Morskiego, który przez lata służył obsłudze ruchu emigracyjnego.

Muzeum jest interaktywne. Wiele eksponatów można doknąć i  wiele historii odsłuchać …

W zainscenizowanym wnętrzu samolotu można sobie posiedzieć i popatrzeć przez okno.

Ruszyliśmy do portu, żeby wsiąść na prom Stena Line. W Gdyni autokary razem z pasażerami wyjeżdżają na prom, pasażerowie piesi i rowerowi są transportowani autobusem między terminalem w Gdyni i promami . Potem z poziomu 5 windą wjeżdża się na poziom 7 lub 8 gdzie zlokalizowane są kajuty.

W kabinie jest łazienka z prysznicem i gniazdka, do których można podłaczyć ładowarkę lub czajniczek do zagotowania wody na herbatę.
Można też wypić herbatę na 7 poziomie w barza na przeciwko sklepu bezcłowego.

W cenie biletu jest śniadanie, natomiast kolację trzeba zafundować sobie samodzielnie. Byliśmy bardzo ciekawi jak podróżuje się promem. Może było spokojne i gładkie jak stół a jednak nie mogliśmy zasnąć mimo, że było grubo po północy…

Na promie lepiej wyłączyć przesył danych, żeby nie naliczyło nam polączeń przez satelitę. Może można wykupić dostęp do internetu, ale tani to on nie jest.

 

 

Trzeci dzień w Czechach

Tego dnia pojechaliśmy do Lipna, żeby pospacerować ścieżką w koronach drzew. To wyjątkowa w całym kraju i pierwsza tego typu trasa w Czechach. Otworzona dla gości 10 lipca 2012 r. Chodnik jest subtelnie wkomponowany w krajobraz wokół zbiornika wodnego w Lipnie.

Do ścieżki można dojść pieszo, albo dojechać autobusem, który dowozi turystów do celu z tego miejsca. Autobusy jeżdżą co godzinę.


Mieliśmy godzinę czasu na spacer i to okazało się wystarczające.


No to w drogę!

Od głównej ścieżki odchodzą miejscami boczne odgałęzienia z różnymi atrakcjami. Tu przejście po ruchomych  płytach.

Informacje o ptakach mieszkających w pobliżu, a także ich makiety gniazd z jajkami.

Fajna trasa, po której można przejechać się z dzieckiem w wózku.

No i w końcu szczyt, na który wchodzi się po kilku schodach, jedynych na całej ścieżce. Zdjęcie zrobiła nam  pani Kasia  Przewodniczka Sudecka.

Odważne osoby mogą zjechać stalową rurą w dół i tak zrobiła moja koleżanka – Karolina. Pozostali uczestnicy zeszli tą samą trasą, którą wchodzili.

Dalszą część dnia spędziliśmy w  Czeskim Kremlowie, gdzie jest drugi co do wielkości zamek w Czechach.

Miasto leży nad brzegami wijącej się w tym miejscu Wełtawy. Powstało wokół XIII wiecznego zamku. Zbudowany na nadbrzeżnej skale zamek służył ochronie brodu przez rzekę. Český Krumlov stanowi przykład małego, średniowiecznego miasteczka Europy Środkowej, które rozwijało się bez zakłóceń przez pięć wieków, zachowując w ten sposób nienaruszone dziedzictwo architektoniczne. W 1992 roku zabytkowe centrum miasta zostało wpisane na listę światowego dziedzictwa UNESCO.

Zaczęliśmy zwiedzanie od tarasu widokowego w górnej części zamku.

Za mną widać już jedno piętro Mostu Płaszczowego, jest to konstrukcja , która powstawała przez wieki i obecny kształt ma od 1777 roku

Idąc dalej ulicą dochodzimy do tarasu widokowego, z którego jest piękny widok na położone u stóp miasto.

Dalszą część Mostu Płaszczowego widać po lewej stronie zdjęcia. Jest to ta  biało szara ściana z oknami, wsparta na kamiennych arkadach. Most budowano w kilku etapach w latach 1686, 1707, 1748 i 1765. Wysokie filary, podtrzymują cztery piętra konstrukcji. Jest wysoki tak jak budowle, które łączy…

W dole widać Wełtawę  płynącą przez miasto.

W sezonie można na tarasie usiąść pod tą pergolą i napić się piwa.

Wchodzimy na most, przez małe łuki widać panoramę miasta.

Dalej łuki się powiększają i na drodze do zamkowego dziedzińca witają nas na  otwartej balustradzie mostu barokowe rzeźby: świętego Antoniego Padewskiego, św. Feliksa z Kantalicjo, św. Wacława, oraz św. Jana Nepomucena.
Ciekawy jestem czy rozpoznacie, która rzeźba przedstawia św. Feliksa?



Jesteśmy na IV dziedzińcu zamkowym.

Przechodzimy pod arkadami do III dziedzińca zamkowego.


Dalej idąc wchodzimy na dziedziniec II

Na drugim dziedzińcu znajduje się wejście do Muzeum Zamkowego



Kompleks zamkowy jest wielki. Obejmuje 46 budynków, wśród których znajduje się górny zamek połączony mostem płaszczowym z dolnym zamkiem, 12 ha ogrodów zamkowych, muzeum zamkowe, jak również pięć dziedzińców i fosa niedźwiedzia.
Fosa z niedźwiedziami to temat, który od lat wywołuje dyskusje.

My opuszczając zamek nie widzieliśmy niedźwiedzi, chociaż wypatrywaliśmy ich w fosie.

Fosa jest właśnie za widocznym na zdjęciu ogrodzeniem.

A więc dotarliśmy na I dziedziniec zamkowy i widać już bramę, przez którą wychodzi się z zamku.

I tak żegnamy się z zamkiem . Za bramą natrafiliśmy na sklep z piernikami i innymi  regionalnymi przysmakami.


Siedzę i czekam kiedy mama skończy  robić zakupy.

Poszliśmy zwiedzać miasto uważnie szukając dzbanka, o którym śpiewała Helena Vondráčková

Uliczki miasta są bardzo malownicze, dzięki ciekawie zdobionym kamienicom.

Mamy malowany dzbanek!

I dochodzimy do mostu nad Wełtawą, z którego widać potężną bryłę zamku.

Fajnie wygląda wysepka na rzece…

i kamieniczki po drugiej stronie mostu.

Idziemy na rynek. Tam mamy aż dwie godziny dla siebie. To rzadkość na naszych wycieczkach, więc nie wiadomo co robić, jeść raczej nie, bo za dwie godziny idziemy na obiad… zwiedzać? Ja raczej bym posiedział… ale mama jest napalona na zwiedzanie.

Stoję przed ratuszem miejskim, który powstał w 1597 roku z połączenia trzech kamieniczek na placu Náměstí Svornosti. Dość skromną fasadę zdobi kilka herbów, m.in. Rosenbergów i Schwarzenbergów, a także herb miasta. Obecnie w budynku mieści się urząd miejski i muzeum tortur, do którego chcieli pójść rodzice. Jednak moi koledzy byli zainteresowani Muzeum Figur Woskowych… Zanim jednak coś zdecydowano, siedzieliśmy pod Kolumną Maryjną z 1716 r., którą postawiono w podzięce za ustąpienie zarazy.

Przenieśliśmy się na taras restauracji Lumier, żeby posiedzieć i napić się coli.

Po prawej stronie widać dekoracje wielkanocne zawieszone na całej uliczce.

Zamówiliśmy na deser makową szyszkę.

Mama nie wytrzymała i poszła z moimi kolegami do Muzeum Figur Woskowych, a ja siedziałem z ich rodzicami i cieszyłem się „dolce far niente”. O dziwo moja mama, która lubi Włochy i uczy się włoskiego zupełnie nie umie korzystać z tej zasady!


Dwie godziny minęły i poszliśmy do gospody na obiad.


Oczywiście było piwo. Mój uśmiech niech Was nie zmyli. Wolę sok, ale być w Czechach i nie mieć zdjęcia z kuflem piwa, to mojej mamie nie mieści się w głowie.


No i deser! Ciasteczko miś, żebyśmy nie zapomnieli, że misie są w fosie całkiem niedaleko.

Było miło , ale czas wracać. Jest już wieczór, więc zobaczymy oświetlone ulice i Most Płaszczowy.

Ahoj przygodo! Wracamy do domu. Wszyscy są i nikt się nie zgubił i nie wpadł do fosy.

 

Sylwester w Tarnowskich Górach

Podobnie jak dwa lata temu wybraliśmy się na Sylwester ze Stowarzyszeniem Bardziej Kochani. Tym razem odwiedziliśmy Śląsk: zabytkową kopalnię srebra w Tarnowskich Górach, Palmiarnię w Gliwicach , Muzeum Chleba w Radzionkowie.

Wyjechaliśmy w sobotę dość  wcześnie i w drodze na Śląsk towarzyszył nam deszcz.

Jednak  w Tarnowskich Górach już nie padało. Przyszliśmy do kopalni, żeby przejść podziemną trasę 1740 m i przepłynąć łodziami Sztolnię Czarnego  Pstrąga…

Wędrowaliśmy korytarzami wykutymi w skale przez gwarków, którzy szukali tu  srebra.

Teraz korytarze są oświetlone, ale dawniej górnicy pracowali prawie w ciemności i trudno to sobie wyobrazić jak dawali radę odnaleźć srebro…

Część chodników jest wysoka a część niska. W kopalni trzeba nosić kask, żeby nie nabić sobie guza chodząc podziemnymi korytarzami.

Akurat zima to dobra pora na wędrówki pod ziemią, bo tu zawsze panuje temperatura 10 stopni Celsjusza, więc jest cieplej niż na powierzchni.

Doszliśmy do Sztolni Czarnego Pstrąga , gdzie wsiedliśmy w łodzie i popłynęliśmy podziemnym korytarzem tak  wąskim jak łódka w której siedzieliśmy, dlatego trzymaliśmy ręce na kolanach, żeby nie pokaleczyć palców, gdybyśmy je trzymali na burtach łodzi, a  łódka otarłaby się o skałę…

Było to ciekawe doświadczenie, choć wszystkich  bolały nogi, gdyż często szliśmy na nogach zgiętych w kolanach, żeby zmieścić się w wykutym tunelu. No i nie jest to wyprawa dla osób, które mają klaustrofobię, albo boją się ciemności…

Po wizycie w kopalni pojechaliśmy do Palmiarni.

Mamę zachwycił widok figi owocującej w donicy, ponieważ sama ma drzewo figowe w ogródku, które nigdy nie miało owoców.

Palmiarnia ma kilka pawilonów: pawilon roślin użytkowych,

Pawilon tropiku, sukulentów,

Pawilon akwarystyczny…

W pawilonie historycznym są okazy roślin, które mają ponad 100 lat i pamiętają czasy wystawy botanicznej z 1924 roku.

W Palmiarni są altanki i ławeczki wkomponowane  w zieleń , na których można usiąść i podziwiać rosnące tam okazy, albo zjeść ciastko w kawiarni.

Wieczorem dojechaliśmy na miejsce noclegu w Hotelu Aslan.

Przyznam, że byłem już zmęczony, ale jeszcze napisałem kartki do kolegów!

Następnego dnia, w niedzielę wyruszyliśmy do Muzeum Chleba, które założył pasjonat Piotr Mankiewicz.

Najpierw obejrzeliśmy film o muzeum, a potem poszliśmy zrobić sobie własny wypiek. O ile w kopalni było ciepło, o tyle w muzeum -nie.

Z przygotowanego ciasta formowaliśmy rulony a potem zaplataliśmy je tak jak w chałce.

Gdy nasze wyroby poszły do pieca , my oglądaliśmy zgromadzone eksponaty i zgadywaliśmy do czego służyły…

Czy zgadniecie po co w tej filiżance zrobiono ten mostek w poprzek? otóż to filiżanka dla wąsaczy, żeby pijąc nie pomoczyli sobie wąsów!!!

W muzeum jest też urządzona klasa z danych lat, z czasów których nawet moja mama nie pamięta, kiedy dzieci pisały na kamiennych tabliczkach zamiast w zeszytach.

W końcu upiekły się nasze wyroby co przywitaliśmy z dużą radością, bo chlebki były ciepłe i z przyjemnością je zjedliśmy. Po wizycie w muzeum pojechaliśmy zdobyć Kopiec Wyzwolenia w Piekarach Śląskich.

Kopiec został zdobyty!

Wieczorem mieliśmy wspólną kolację i razem przywitaliśmy Nowy Rok 2024

Z Pacanowa ruszyliśmy do Skansenu w Kolbuszowej

Z Pacanowa są 72 kilometry do Muzeum Kultury Ludowej w Kolbuszowej, czyli trochę więcej niż godzina drogi samochodem. Na niebie kłębiły się ciemne chmury, które zapowiadały deszcz, jedyną niewiadomą było, kiedy się zacznie ulewa. Kiedy kupiliśmy bilety i dostaliśmy mapkę skansenu, od razu było wiadomo, że nie mamy tyle czasu, żeby to wszystko obejść, a co dopiero  zobaczyć, tym bardziej, że chmury nad nami coraz bardziej się zaciemniały. Mimo to poszliśmy …

Po drodze mijaliśmy Kapliczkę, Chrystus Ukrzyżowany z Kolbuszowej Dolnej

Kapliczkę domową ze Staniszewskiego z dzwonkiem loretańskim

I doszliśmy do wiejskiej zagrody z Jeziórka

od której doszliśmy do najstarszego w skansenie Dworu z Brzezin.

I tu tata podjął decyzję, że nie idziemy dalej bo grzmiało, więc trzeba było wracać na parking.  To była trafna decyzja, bo jak wsiedliśmy do samochodu zaczęło padać a po chwili lunęło jak z cebra. Dowiedzieliśmy się , że  rzeczka doprowadzająca wodę do stawów w Skansenie nazywa się NIL. tak więc w Polsce też mamy rzeczkę Nil…

Deszcz towarzyszył nam w drodze do Rzeszowa, czyli przez 14 kilometrów.

Mama zaplanowała odwiedzić  Muzeum Dobranocek w Rzeszowie. Czy wspominałem już , że to był 13 lipca? Czemu ciągle przypominam tę datę?

Otóż jak już podjechaliśmy pod muzeum, okazała się, że akurat tego dnia jest zamknięte!

Na pociechę mama kupiła sobie czereśnie i coś na kolację i pojechaliśmy na nocleg  do Łańcuta.

 

W Pacanowie Kozy kują…

Tak zaczyna się opowieść o Koziołku Matołku, który błąkał się po całym świecie , aby dojść do Pacanowa. Ja  też rozpocząłem nową podróż. Wyjechaliśmy rano z Buska Zdroju i postanowiliśmy odwiedzić Pacanów, a było to 13 lipca…dlaczego o tym wspominam?

Wpis ten wszystko Wam opowie.

Z Busko Zdroju jest 25 km do Pacanowa, więc około pół godziny drogi samochodem. W Pacanowie jest Centrum Bajki i właśnie tam chcieli mnie zawieść rodzice, jakby trochę zapomnieli, że mam już 18 lat. Oprócz tego nawet im przez myśl nie przeszło, że inni też mogli wpaść na ten sam pomysł, więc nie kupili wcześniej biletów …

Na rynku w Pacanowie łatwo spotkać Koziołka, czy to w postaci kwietnika, czy drewnianej rzeźby . Droga do Centrum Bajki jest wyraźnie zaznaczona na miejskim asfalcie,
a na pobliskiej kamieniczce jest mural, na którym przedstawiono bohaterów bajek.
Gdy doszliśmy do muzeum, okazało się, że bilety są dostępne na godzinę 14.00 (a my byliśmy o 11.00) Następny nocleg mieliśmy zaplanowany w Łańcucie, więc zwiedzenie muzeum o tej godzinie nie wchodziło w rachubę.

Poszliśmy więc do bajkowego ogrodu , który jest na tyłach muzeum. Pohuśtałem się na podwieszanych fotelach


I pospacerowałem po alejkach czytając umieszczone na tabliczkach wierszyki.


Usiadłem koło Koziołka bo ucieszyłem się z tego spotkania.

Po zjedzeniu lodów w Centrum Bajki poszliśmy na pocztę kupić pocztówki z Pacanowa, a mama oczywiście poskarżyła się pani w okienku pocztowym, że nie było dla niej biletów i zapytała, czy mają jakiś  stempel pamiątkowy z Koziołkiem.

Tak więc okazało się, że są stemple i mama ostemplowała wszystko co mogła, bo tak jest przywiązana do opowieści o Koziołku, a Pacanów chciała odwiedzić przez całe życie, więc śmiało mogę powiedzieć, że tuż przed 60-tymi urodzinami , wyruszyła w podróż życia!!!

A my z tatą cierpliwie jej w tym  towarzyszyliśmy.

18 urodziny Stasia

Staś obchodzi urodziny tego samego  dnia co mój brat Mateusz- 30.04, ale imprezę urodzinową zorganizował trochę później- 2 maja.

Spotkaliśmy się na Placu Narutowicza i czekaliśmy na tramwaj. Było to dość niezwykłe, bo zwykle spotykamy się na urodzinach w domach, albo w restauracjach, a tymczasem dołączyłem do Igi i Olka, którzy już czekali na przystanku.  O 19.30 przyjachał tramwaj, rozwinięto czerwony dywan i obsypano Stasia konfetti!

Wsiadłem i ja do tramwaju. W środku mocno się zdziwiłem, bo ten tramwaj był zupełnie inny niż te, którymi zdarza mi się wracać do domu…

Podałem Stasiowi torbę z prezentem, ale zapomniałem o życzeniach. Dobrze, że w domu zrobiliśmy kartkę  z życzeniami, to Staś w wolnej chwili będzie mógł ją przeczytać…

Usiedliśmy przy małych stolikach i czekaliśmy co dalej…

Mama zaproponowała, że zrobi mi zdjęcie pod balonami Stasia, bo za półtora miesiąca i ja skończę 18 lat. Nie kłóciłem się z mamą, stanąłem i oto jest zdjęcie. Nie moja 18-nastka, ale co tam, byle mama była zadowolona…

Mój stolik znajdował się tuż przy bufecie, więc wszyscy do mnie podchodzili.

Tramwaj ruszył i pojechaliśmy. Rodzice tańczyli i cieszyli się jak małe  dzieci. My po jakimś czasie też się oswoiliśmy z tym, że nasz wagon restauracyjny jest w ciągłym ruchu! Ale bezpieczniej czuliśmy się siedząc na miejscach mimo, że muzyka grała…

a za oknem robiło się co raz ciemniej. Dojechaliśmy na pętlę na Kawęczyńskiej i tam mieliśmy postój.

Uściskałem Stasia i Amelkę podziwiając nasze odbicie w szybie tramwaju.

Potem Staś zdmuchnął świeczki na torcie, a ja zmieniłem miejsce, żeby być blisko mojego najlepszego kolegi.

Wróciliśmy na Plac Narutowicza o 21.30

Na koniec zrobiliśmy sobie pamiątkowe zdjęcie przed naszym imprezowym tramwajem.

To była bardzo niecodzienna impreza i długo będziemy ją pamiętać.

Ferie i filcowanie

W szkolnej świetlicy filcowaliśmy wełnę igłą na bawełnianej torbie, jako prezent dla mamy. Mojej mamie prezent bardzo się spodobał, ale uznała, że filcowanie trzeba poprawić, więc kupiła igły i w wakacje siedzieliśmy na ogródku i filcowaliśmy.

Mama bardzo się zachęciła. Kupiła wełnę merynosów australijskich i zaczęła filcować także na mokro. Jak trochę się wprawiła, uznała, że ferie i filcowanie mają coś wspólnego… (???)

i postanowiła nauczyć mnie tej sztuki.

Filcowanie nie jest trudne. Potrzebna jest wełna, mydło i woda. A także jakiś szablon i siateczka z tiulu.

Miałem zrobić prezent dla siostry na imieniny. Broszkę – kwiatek.

Ułożyłem wełnę na jednej stronie szablonu i przykryłem siateczką z tiulu, żeby podczas moczenie wełna się nie przesuwała.

Potem rękami masowałem wełnę wodą z mydłem, przekręciłem szablon na drugą stronę i znowu ułożyłem wełnę i polałem ją wodą z mydłem.

Najbardziej nużące jest dobre sfilcowanie wełny, żeby włókna się połączyły i żeby się nie rozdzielały. Mama mi w tym pomagała…

Na stole mamy folię bąbelkową, która pomaga szybciej filcować się wełnie, ale to rolowanie, ściskanie , wygniatanie kompletnie mnie wykończyło i chciałem jak najszybciej dać nogę…

Ale musiałem jeszcze zrobić liście do kwiatka…

Na szczęście mama sama rozcięła płatki i dokończyła filcowania, a ja wypłukałem kwiatek z mydła.

Ta zabawa zajęła mi dużo czasu i byłem wykończony.

Jednak kwiatek był prawie gotowy. Musiał tylko wyschnąć.

Następnego dnia na sucho filcowałem środek kwiatka i to w sumie trwało krótko .

Mama doszyła zapięcie i broszka była gotowa. Jednak filcowanie na mokro to nie moja bajka.

– Gotowe mamusiu, ale więcej mi tego nie proponuj…

Nowy Rok 2023

Nowy Rok rozpocząłem patrząc na fajerwerki za oknem.

Dotrwałem w Sylwester do północy i właściwie potem nie byłem już śpiący. Ale rano wstałem jak zwykle …

2 stycznia poszedłem do szkoły. Co to  za zima? Na dworze 10 stopni na plusie, a na trawniku rozkwitają stokrotki, zupełnie jak w bajce o 12 miesiącach.

A śniegu nie widać, za to zachód słońca całkiem, całkiem…

Szybko minął czas do piątku, a w piątek święto Trzech Króli. Mama upiekła drożdżowy wieniec na modłę hiszpańską , a w kościele w Lasku dostałem koronę. Więc mogłem świętować Epifanię.