Archiwum kategorii: manualnie

Piramida zdrowia

W szkole od jutra rozpoczynamy tydzień zdrowia. Będą zajęcia sportowe pod patronatem AWF-u, i różne akcje promujące zdrowe żywienie: takie jak tworzenie figur z owoców i warzyw, robienie soków owocowo-warzywnych . Poznamy też piramidę zdrowego żywienia. Z tego powodu moja mama zapędziła mnie w to niedzielne popołudnie do roboty. Wycięła z kartonu szablon piramidy, podzieliła na półki, zafoliowała symbole mówikowe związane z odżywianiem i sportem, a ja musiałem je powycinac i przylepić rzep żeby trzymały się na piramidzie.

Tak wygląda szablon naszej piramidy z podziałem na półki . Podzieliliśmy ją zgodnie ze wzorem jaki w wakacje dostawaliśmy w Lidlu za zakupy.

Ta piramida zawiera nie tylko produkty żywnościowe, ale uwzględnia również aktywność fizyczną.

Złożyłem piramidę i spiąłem na rzepy.


Fajnie wyszło.

Potem wyciąłem zafoliowane symbole produktów spożywczych.

Od spodu przykleiłem kawałek rzepy…

Rozmieszczałem produkty zgodnie z instrukcją.

Rozmieściłem wszystkie produkty na trzech ścianach piramidy!

Potem zdjąłem symbole, włożyłem do pudełka i rozłożyłem piramidę.

Całość nie zajmuje dużom miejsca. I jest gotowa do włożenia do plecaka.

Dzień Matki

Mój syn nie wie, nie pamięta,
że dziś dzień mojego święta!
Życzeń sam nie namaluje,
ale mocno ucałuje!

Dostałam to serduszko od Maksa po zajęciach u logopedy na turnusie w Wesołej Krainie.

Jestem wdzięczna Pani Logopedce,  że pomyślała o mnie i zmobilizowała mojego syna, aby wykonał dla mnie laurkę. Znam Maksa i wiem,  że nie lubi rysować. Jak tropiciel śladów przyglądam się kreskom i rozpoznaję te, które narysował on sam i te –  Pani Logopedy. Wspólnym wysiłkiem zrobili mi prezent! Oczywiście pierwszą moją myślą było, że nie tego oczekuje się od logopedy, ale logopeda to nie cudotwórca, więc cieszę się z tego co dostałam!

 

 

Potrawa z cukinią i bakłażanem

Klub Myszki Norki ogłosił konkurs kulinarny na danie obiadowe, którego składnikiem będzie cukinia i bakłażan. Moja mama postanowiła, że wrócimy do dobrych czasów, kiedy gotowaliśmy razem.  Kupiła na bazarze cukinię i bakłażana, zobaczyła jakie warzywa mamy jeszcze w domu i wzięliśmy się do roboty.

Na zdjęciu widzicie część  składników naszego konkursowego dania. Umyte warzywa: cebula, por, seler, marchewka, seler naciowy, brokuł, cukinia.Najpierw pokroiłem bakłażana, każdy plasterek oprószyłem solą i odstawiłem na później.


Cebulę i pora pokroiła mama.

Krojenie cebuli zupełnie mi nie szło. Ale już z cukinią poszło mi lepiej. Cukinia jest miękka i jej zapach nie kręci w nosie.


Pokroiłem seler naciowy i zabrałem się za marchewkę.

Obieranie marchewki jest wyzwaniem, ale jak jest dobra obieraczka, to jest to wykonalne.

Do garnka włożyłem trzy łyżki masła klarowanego. Poczekałem aż się roztopi i wrzuciłem cebulę z porem, żeby się podsmażyła.

Pomieszałem i przykryłem garnek przykrywką.

Potem wrzuciłem całą pokrojoną cukinię z selerem naciowym, żeby powoli gotowała się w sosie własnym, dlatego garnek trzeba przykryć pokrywką. Kiedy warzywa puszczały sok gotując się, ja kontynuowałem krojenie dalszych warzyw.


Kiedy pokroiłem marchewkę i selera wrzuciłem je do gotujących się warzyw, a garnek przykryłem pokrywką.


Podzieliłem brokuła na różyczki.

Wziąłem bakłażana i opłukałem pod wodą każdy plasterek z soli, a potem wysuszyłem papierowym ręcznikiem.


Teraz wstawiłem ryż, żeby się ugotował.

Wlałem dwie szklanki wody do garnka, dodałem łyżkę kurkumy…

I wsypałem go gotującej się wody szklankę ryżu.

Przyszedł czas, żeby do gotujących się w sosie własnym warzyw dodać brokuła.

Ryż i warzywa się gotują, więc czas na zrobienie ciasta naleśnikowego, w którym będziemy z mamą smażyć bakłażany.


Na ciasto naleśnikowe potrzeba szklankę mleka,półtorej szklanki mąki i 3 jajka. Jajka trzeba dobrze umyć wodą z mydłem.

Wlałem mleko do mąki , ale jajka wbijałem już z mamą.


Teraz trzeba wszystko dobrze wymieszać, żeby nie było grudek.


Mama pomogła mi wymieszać ciasto.

Wkładałem plaster bakłażana do ciasta naleśnikowego, obracałem go łyżką żeby ciasto się przykleiło z dwóch stron i wkładałem na patelnię, na której był gorący olej.

Mama obracała bakłażana na patelni a jak był usmażony to ja go zdejmowałem na talerz.

Musiałem bardzo  uważać !

Mama tak przygotowała swoje danie.

A moje przygotowała tak.

Bardzo się ucieszyłem, że nasze gotowanie dobiegło już końca. Miałem strasznie dużo pracy i zmęczyłem się, a mama nie – ale ona tylko robiła zdjęcia i no i jeszcze wymieszała ciasto, więc to zupełnie zrozumiałe. Smacznego jej życzyłem, bo po tym wspólnym gotowaniu na apetyt musiałem poczekać…

Wspomnienia z wakacji

W SCEK malowaliśmy  wspomnienia z wakacji. Pani Asia przygotowała dla nas reprodukcje, które służyły nam za inspiracje.


Czekam na farby…

Wyjatkowo szybko powstała ta twarz…a potem artysta jakby stracił wenę!

Bardzo powoli powstawała ta praca. Autor skoncentrował się tak na postaci, że zabrakło mu sił na namalowanie tła…

Czy z lewej, czy z prawej strony nadal nie widać drugiego planu…

W końcu jednak praca została ukończona ( wspólnymi siłami)

Maks na Ranczu Oregon

Fundacja Galopujące Serca zaprosiłą dzieci ze Stowarzyszenia Zakątek 21 na dzień otwarty na Ranczu Oregon w Kampinosie. Tak miłe zaproszenie zachęciło nas, żeby w niedzielę przejechać 45 km na zajęcia hipoterapeutyczne, a przy okazji spotkać się ze znajomymi z Zakątka 21.

Maksowi spodobał się okręt i bawił się czekając na kolegów.

Udało mu się jeszcze zmieścić w taką małą zjeżdżalnię.

Dzieci miały zaplanowane zajęcia, żeby się nie nudziły czekając na swoją konną przejażdżkę. Każde dostało gliniane popiersie konia do pomalowania.

Cała grupą zwiedziliśmy ranczo i poznaliśmy zwierzęta, które tam mieszkają.

W boksie w stajni były też kozy.

Maks lubi zajęcia z hipoterapii.

Na koniec Maks poskakał z kolegami na trampolinie.

Ranczo Oregon to bardzo ładnie położony teren na skraju Puszczy Kampinowskiej. Duży teren, z krytą ujeżdżalnią na wypadek deszczu. Można tam fajnie spędzić czas, a nawet urządzić urodziny. Jedynym minusem dla nas jest odległość. Prawie 50 km w jedną stronę. Niemniej jednak może uda nam się wybrać jednym samochodem w dwie rodziny.

Dziękujemy Fundacji Galopujące Serca za zaproszenie i zorganizowanie nam niedzielnego wypoczynku.

 

Centrum Nauki Kopernik

We wtorek pojechaliśmy metrem M1 i M2 do Centrum Nauki Kopernik. Dla Igora jest to największa atrakcja w Warszawie. Maks był tam wcześniej dwa razy z klasą, a ja byłam po raz pierwszy. Bilety kupiliśmy przez internet, więc nie staliśmy w kolejce do kasy. Przyjechaliśmy jednak na miejsce trochę za wcześnie i posiedzieliśmy nad Wisłą, czekając aż zbliżymy się na pół godziny do zaplanowanej godziny wejścia.

Pogodę mieliśmy świetną i humory nam dopisywały. W CNK jest tyle rzeczy do obejrzenia i do przeprowadzenia własnych  eksperymentów, że czas płynie jak wartka rzeka.

Obserwując wahadło Foucaulta przekonujemy się empirycznie, że Ziemia się obraca…

Maks doświadcza siły trąby powietrznej…

To latający dywan, albo bardziej współcześnie – poduszkowiec…

Dla tych co lubią własny głos…

Zrozumienie wszystkiego czego doświadcza się w CNK jest nie lada wyzwaniem nawet dla dorosłych, co nie zmienia faktu, że poeksperymentować jest fajnie…

Chłopcy próbowali zbudować kopułę, ale źle dopasowali  klocki i budowla runęła po spuszczeniu powietrza z niebieskiej poduchy.

Maksowi bardzo podobało się „radio w gębie”. Mimo, że nie zatkał uszu i tak słyszał muzykę.

Chodziliśmy i doświadczaliśmy sytuacji, którymi rządzą prawa fizyki aż rozbolały nas nogi. Wtedy zdecydowaliśmy się opuścić CNK i wrócić do domu na obiad.

Potem poszliśmy do kina na Wyszczekanych, a po każdym usłyszeniu imienia „Maks” – Maks pokazywał na siebie…

Czerwcowe piniaty

Czerwiec w tym roku mogę śmiało nazwać miesiącem piniaty. Zrobiłam już dwie, a czeka mnie jeszcze jedna. Zrobiłam złotą rybkę, do której wnętrza włożyłam małe rybki i inne drobiazgi, z których można zrobić sztuczne akwarium.

Tak wyglądała rybka z profilu…

… a tak en face. Oczywiście rybie usta byłly zabezpieczone, żeby zawartość piniaty nie wypadała przy uderzeniach.

Jak widać użyłam opakowania po dużych kinder czekoladkach, z których wykonałam coś w rodzaju lejka, który przyszyłam nicią  do ust rybki.

Aktualnie czeka na rozbicie piniata „Gwiazda Śmierci”, która w środku ma piłeczki z bohaterami Gwiezdnych Wojen.

W otworze wlotowym zrobiłam nacięcia, z których powstał kołnierz, do którego przymocowałam laser (lejek z tekturki od tortu). Najpierw przyszyłam żyłką luźno, a potem dodałam klej wikol i docisnęłam, żeby dobrze się przykleiło.Oczywiście wcześniej do środka włożyłam piłeczki.

W tym zestawie 100 piłeczek jest osiem postaci.

A tak wygląda ostateczna wersja piniaty, która jest teraz w Ośrodku Ameliówka w Mąchocicach Kapitulnych i w czwartek zostanie rozbita na szkolnych urodzinach Maksa, które tym razem odbędą się na zielonej szkole.

Ostatnią czerwcową piniatę zrobiłam z pięciu balonów. Trzy długie na ogon i dwa balony na głowę i tułów.

Balony przywiązałam do siebie i okleiłam papierem.

Balon na głowę okleiłam całkowicie, więc do końca był pełen powietrza. Z pojemników na jajka zrobiłam pysk i kolce na ogonie. Potem smoka okleiłam bibułą…

Smok miał w brzuchu czekoladowe monety i to co zostało z „pożartych” rycerzy oraz księżniczek, a więc wachlarze, korony i rycerski oręż (tym razem małe, ale głośne, pistolety typu „space gun”).

Malowanie kamiennych zwierząt

13 marca klasa Maksa pojechała do SCEK na Jezuicką na kolejne zajęcia malarskie.

Tym razem jechaliśmy metrem i autobusem spod Arsenału, i szybko dotarliśmy na Stare Miasto.

Było chłodno.

Czekaliśmy na parterze aż wszyscy się rozbiorą.

Na palety dostaliśmy całą gamę kolorowych farb i zastanawialiśmy się co będziemy malować.

Pani Asia dała nam wydrukowane zdjęcia kamiennych zwierząt, które ozdabiają kamieniczki na Starym Mieście.

Maks wybrał sobie kamienny wizerunek konia.

Malowanie jakoś nie bardzo mu szło…

Ja lubię patrzeć, przyglądać się, ale niekoniecznie przenosić moje spostrzeżenia na papier. Kształty i formy ulotne, przestają nimi być, kiedy zostaną  przeniesione na papier…

Twarz człowieka uwięziona w pysku konia – czy widzicie to? Ja dopiero na zdjęciu to zauważyłam.

Po zajęciach poszliśmy szukać zwierząt, które malowaliśmy na zajęciach.

I w końcu znaleźliśmy niedźwiedzia, który raczej bardziej kojarzył nam się z psem…

Pani Asia prosiła, żebyśmy pogłaskali go w pysk, więc jak widać kolejka się ustawiła i każdy głaskał gdzie miał dostępne miejsce.

Jaki jest ten niedźwiedź każdy widzi, wyrzeźbił go Jan Jerzy Plersch…

Maks maluje pawia

Maks nie bardzo lubi prace plastyczne, ale stara się malować szczególnie kiedy jest na zajęciach w SCEK na Jezuickiej. We wtorek pojechał tam ze swoją klasa i malował pawia…

Na Placu Zamkowym nie było widać śniegu. Idąc na Jezuicką zobaczyliśmy postać na parapecie okiennym…

…na szczęście nie był to człowiek, tylko artystyczna wizja reklamy. Nie wiem czy to jest dobra reklama dla hotelu, kiedy gość siedzi z walizką na parapecie okiennym, na zewnątrz budynku. Jedno jest pewne – zwraca uwagę, choć mały napis na walizce nie jest zbyt czytelny.

W Stołecznym Centrum Edukacji Kulturalnej czuję się jak w domu, gdyż od pięciu lat jeździmy do Pani Asi i  malujemy…

Znamy Panią Asię, a Ona na nas zna się!

Tego dnia malowaliśmy pawia…

Ja zacząłem tak, od ogona, bo paw samiec – to ogon!

Pozostałem do końca wierny tej wizji. Paw z ogonem jak choinka.

Przybywało kolorowych kresek i dla mnie by to już wystarczyło, ale na Jezuickiej uczymy się też tego, że kartka musi być pokryta farbą.

Już z mniejszym entuzjazmem zająłem się malowaniem tła. Wiecie jak ciężko jest wystać przy sztaludze? Nasza klasa jest już zahartowana, ale koledzy z klasy drugiej odpadali od sztalug jak alpiniści od ściany i siadali gdzie się dało, żeby dać odpocząć nogom.

Dałem radę zapewnić pawiowi tło adekwatne do kolorowego ogona. Nie żałowałem farby i skończyłem pracę.

Pani Asia jednak poprosiła, żebym potraktował pawia bardziej po ludzku i namalował mu dziób, żeby miał czym jeść i oko, żeby mógł zobaczyć swój ogon. Niechętnie, ale wstałem i palcem umoczonym w niebieskiej farbie zafundowałem pawiowi oko. Namalowałem też dziób i w ten sposób odszedłem od pierwotnego założenia, że samiec paw to ogon. Nie, nie! Dzięki namalowanemu dziobowi mój paw może też sobie pokrzyczeć i w ten sposób sam siebie zaprezentować.

Po malowaniu zasłużony odpoczynek i szklaneczka wody. Kiedyś nie lubiłem pić wody, ale mama mnie przekonała, że szklaneczka wody między posiłkami to dobry zwyczaj.

Wracamy przez Rynek Starego Miasta. Humor mi dopisuje.

Mogę się z Wami podzielić myślą, która przeleciała mi przez głowę. Warto nawet dla malowanego pawia przezwyciężyć swoje zmęczenie i namalować mu oko i dziób, żeby żył pełnią swojego ptasiego życia.

Pani Asi podobał się ogon mojego pawia, powiedziała,ze jest to jedyny paw na świecie z choinkowym ogonem.