Archiwa kategorii: manualnie

Wspomnienia z wakacji

W SCEK malowaliśmy  wspomnienia z wakacji. Pani Asia przygotowała dla nas reprodukcje, które służyły nam za inspiracje.


Czekam na farby…

Wyjatkowo szybko powstała ta twarz…a potem artysta jakby stracił wenę!

Bardzo powoli powstawała ta praca. Autor skoncentrował się tak na postaci, że zabrakło mu sił na namalowanie tła…

Czy z lewej, czy z prawej strony nadal nie widać drugiego planu…

W końcu jednak praca została ukończona ( wspólnymi siłami)

Maks na Ranczu Oregon

Fundacja Galopujące Serca zaprosiłą dzieci ze Stowarzyszenia Zakątek 21 na dzień otwarty na Ranczu Oregon w Kampinosie. Tak miłe zaproszenie zachęciło nas, żeby w niedzielę przejechać 45 km na zajęcia hipoterapeutyczne, a przy okazji spotkać się ze znajomymi z Zakątka 21.

Maksowi spodobał się okręt i bawił się czekając na kolegów.

Udało mu się jeszcze zmieścić w taką małą zjeżdżalnię.

Dzieci miały zaplanowane zajęcia, żeby się nie nudziły czekając na swoją konną przejażdżkę. Każde dostało gliniane popiersie konia do pomalowania.

Cała grupą zwiedziliśmy ranczo i poznaliśmy zwierzęta, które tam mieszkają.

W boksie w stajni były też kozy.

Maks lubi zajęcia z hipoterapii.

Na koniec Maks poskakał z kolegami na trampolinie.

Ranczo Oregon to bardzo ładnie położony teren na skraju Puszczy Kampinowskiej. Duży teren, z krytą ujeżdżalnią na wypadek deszczu. Można tam fajnie spędzić czas, a nawet urządzić urodziny. Jedynym minusem dla nas jest odległość. Prawie 50 km w jedną stronę. Niemniej jednak może uda nam się wybrać jednym samochodem w dwie rodziny.

Dziękujemy Fundacji Galopujące Serca za zaproszenie i zorganizowanie nam niedzielnego wypoczynku.

 

Centrum Nauki Kopernik

We wtorek pojechaliśmy metrem M1 i M2 do Centrum Nauki Kopernik. Dla Igora jest to największa atrakcja w Warszawie. Maks był tam wcześniej dwa razy z klasą, a ja byłam po raz pierwszy. Bilety kupiliśmy przez internet, więc nie staliśmy w kolejce do kasy. Przyjechaliśmy jednak na miejsce trochę za wcześnie i posiedzieliśmy nad Wisłą, czekając aż zbliżymy się na pół godziny do zaplanowanej godziny wejścia.

Pogodę mieliśmy świetną i humory nam dopisywały. W CNK jest tyle rzeczy do obejrzenia i do przeprowadzenia własnych  eksperymentów, że czas płynie jak wartka rzeka.

Obserwując wahadło Foucaulta przekonujemy się empirycznie, że Ziemia się obraca…

Maks doświadcza siły trąby powietrznej…

To latający dywan, albo bardziej współcześnie – poduszkowiec…

Dla tych co lubią własny głos…

Zrozumienie wszystkiego czego doświadcza się w CNK jest nie lada wyzwaniem nawet dla dorosłych, co nie zmienia faktu, że poeksperymentować jest fajnie…

Chłopcy próbowali zbudować kopułę, ale źle dopasowali  klocki i budowla runęła po spuszczeniu powietrza z niebieskiej poduchy.

Maksowi bardzo podobało się „radio w gębie”. Mimo, że nie zatkał uszu i tak słyszał muzykę.

Chodziliśmy i doświadczaliśmy sytuacji, którymi rządzą prawa fizyki aż rozbolały nas nogi. Wtedy zdecydowaliśmy się opuścić CNK i wrócić do domu na obiad.

Potem poszliśmy do kina na Wyszczekanych, a po każdym usłyszeniu imienia „Maks” – Maks pokazywał na siebie…

Czerwcowe piniaty

Czerwiec w tym roku mogę śmiało nazwać miesiącem piniaty. Zrobiłam już dwie, a czeka mnie jeszcze jedna. Zrobiłam złotą rybkę, do której wnętrza włożyłam małe rybki i inne drobiazgi, z których można zrobić sztuczne akwarium.

Tak wyglądała rybka z profilu…

… a tak en face. Oczywiście rybie usta byłly zabezpieczone, żeby zawartość piniaty nie wypadała przy uderzeniach.

Jak widać użyłam opakowania po dużych kinder czekoladkach, z których wykonałam coś w rodzaju lejka, który przyszyłam nicią  do ust rybki.

Aktualnie czeka na rozbicie piniata „Gwiazda Śmierci”, która w środku ma piłeczki z bohaterami Gwiezdnych Wojen.

W otworze wlotowym zrobiłam nacięcia, z których powstał kołnierz, do którego przymocowałam laser (lejek z tekturki od tortu). Najpierw przyszyłam żyłką luźno, a potem dodałam klej wikol i docisnęłam, żeby dobrze się przykleiło.Oczywiście wcześniej do środka włożyłam piłeczki.

W tym zestawie 100 piłeczek jest osiem postaci.

A tak wygląda ostateczna wersja piniaty, która jest teraz w Ośrodku Ameliówka w Mąchocicach Kapitulnych i w czwartek zostanie rozbita na szkolnych urodzinach Maksa, które tym razem odbędą się na zielonej szkole.

Ostatnią czerwcową piniatę zrobiłam z pięciu balonów. Trzy długie na ogon i dwa balony na głowę i tułów.

Balony przywiązałam do siebie i okleiłam papierem.

Balon na głowę okleiłam całkowicie, więc do końca był pełen powietrza. Z pojemników na jajka zrobiłam pysk i kolce na ogonie. Potem smoka okleiłam bibułą…

Smok miał w brzuchu czekoladowe monety i to co zostało z „pożartych” rycerzy oraz księżniczek, a więc wachlarze, korony i rycerski oręż (tym razem małe, ale głośne, pistolety typu „space gun”).

Malowanie kamiennych zwierząt

13 marca klasa Maksa pojechała do SCEK na Jezuicką na kolejne zajęcia malarskie.

Tym razem jechaliśmy metrem i autobusem spod Arsenału, i szybko dotarliśmy na Stare Miasto.

Było chłodno.

Czekaliśmy na parterze aż wszyscy się rozbiorą.

Na palety dostaliśmy całą gamę kolorowych farb i zastanawialiśmy się co będziemy malować.

Pani Asia dała nam wydrukowane zdjęcia kamiennych zwierząt, które ozdabiają kamieniczki na Starym Mieście.

Maks wybrał sobie kamienny wizerunek konia.

Malowanie jakoś nie bardzo mu szło…

Ja lubię patrzeć, przyglądać się, ale niekoniecznie przenosić moje spostrzeżenia na papier. Kształty i formy ulotne, przestają nimi być, kiedy zostaną  przeniesione na papier…

Twarz człowieka uwięziona w pysku konia – czy widzicie to? Ja dopiero na zdjęciu to zauważyłam.

Po zajęciach poszliśmy szukać zwierząt, które malowaliśmy na zajęciach.

I w końcu znaleźliśmy niedźwiedzia, który raczej bardziej kojarzył nam się z psem…

Pani Asia prosiła, żebyśmy pogłaskali go w pysk, więc jak widać kolejka się ustawiła i każdy głaskał gdzie miał dostępne miejsce.

Jaki jest ten niedźwiedź każdy widzi, wyrzeźbił go Jan Jerzy Plersch…

Maks maluje pawia

Maks nie bardzo lubi prace plastyczne, ale stara się malować szczególnie kiedy jest na zajęciach w SCEK na Jezuickiej. We wtorek pojechał tam ze swoją klasa i malował pawia…

Na Placu Zamkowym nie było widać śniegu. Idąc na Jezuicką zobaczyliśmy postać na parapecie okiennym…

…na szczęście nie był to człowiek, tylko artystyczna wizja reklamy. Nie wiem czy to jest dobra reklama dla hotelu, kiedy gość siedzi z walizką na parapecie okiennym, na zewnątrz budynku. Jedno jest pewne – zwraca uwagę, choć mały napis na walizce nie jest zbyt czytelny.

W Stołecznym Centrum Edukacji Kulturalnej czuję się jak w domu, gdyż od pięciu lat jeździmy do Pani Asi i  malujemy…

Znamy Panią Asię, a Ona na nas zna się!

Tego dnia malowaliśmy pawia…

Ja zacząłem tak, od ogona, bo paw samiec – to ogon!

Pozostałem do końca wierny tej wizji. Paw z ogonem jak choinka.

Przybywało kolorowych kresek i dla mnie by to już wystarczyło, ale na Jezuickiej uczymy się też tego, że kartka musi być pokryta farbą.

Już z mniejszym entuzjazmem zająłem się malowaniem tła. Wiecie jak ciężko jest wystać przy sztaludze? Nasza klasa jest już zahartowana, ale koledzy z klasy drugiej odpadali od sztalug jak alpiniści od ściany i siadali gdzie się dało, żeby dać odpocząć nogom.

Dałem radę zapewnić pawiowi tło adekwatne do kolorowego ogona. Nie żałowałem farby i skończyłem pracę.

Pani Asia jednak poprosiła, żebym potraktował pawia bardziej po ludzku i namalował mu dziób, żeby miał czym jeść i oko, żeby mógł zobaczyć swój ogon. Niechętnie, ale wstałem i palcem umoczonym w niebieskiej farbie zafundowałem pawiowi oko. Namalowałem też dziób i w ten sposób odszedłem od pierwotnego założenia, że samiec paw to ogon. Nie, nie! Dzięki namalowanemu dziobowi mój paw może też sobie pokrzyczeć i w ten sposób sam siebie zaprezentować.

Po malowaniu zasłużony odpoczynek i szklaneczka wody. Kiedyś nie lubiłem pić wody, ale mama mnie przekonała, że szklaneczka wody między posiłkami to dobry zwyczaj.

Wracamy przez Rynek Starego Miasta. Humor mi dopisuje.

Mogę się z Wami podzielić myślą, która przeleciała mi przez głowę. Warto nawet dla malowanego pawia przezwyciężyć swoje zmęczenie i namalować mu oko i dziób, żeby żył pełnią swojego ptasiego życia.

Pani Asi podobał się ogon mojego pawia, powiedziała,ze jest to jedyny paw na świecie z choinkowym ogonem.

 

 

 

 

 

Piniata – porady

Kończę kolejną piniatę. Pierwszą zrobiłam pięć lat temu. W tym czasie powstały: krówkagarnek, pajęczyca,  ośmiornica, demon z gór, biedronka.

Tym razem będzie to piłka wypełniona małymi, kolorowymi piłeczkami – 100 sztuk, ale mogą to byś również cukierki, żelki, lub jakieś inne drobiazgi

Ponieważ w zabawie weźmie udział 30-cioro dzieci muszę zadbać o to, żeby za wcześnie jej nie rozbiły.

Oklejam balon klejem robionym z 1 porcji mąki i 2 porcji wody.  Po oklejeniu balonu kilku warstwami papieru czekam aż wyschnie. Doba zwykle wystarcza, żeby papier oklejający balon wysechł. Dopiero jak papier jest suchy nakładam kolejne warstwy i znowu czekam aż wyschną.

Potem sprawdzam, gdzie piniata jest bardziej miękka i zaznaczam te miejsca pisakiem, żeby następnym razem nakleić tam więcej  warstw papieru.

Dobrze jest używać różnych rodzajów gazet, wtedy widać, gdzie już położyłam nową warstwę, a gdzie mamy jeszcze starą.

Kiedy warstwy zewnętrzne są zbyt mokre, nakładam suche kawałki gazety, żeby osuszyć piniatę. Kiedy papier trochę odstaje od powierzchni piniaty, nakładam klej na dłonie i rozcieram na całej powierzchni wygładzając ją.

Indiańskie urodziny Maksa

Natrafiłam w bibliotece na cztery książeczki o Indianinie Nitou autorstwa M.Cantina i S.Pelona i postanowiłam zrobić Maksowi indiańskie urodziny. Czasu miałam sporo, więc przygotowałam się dość gruntownie. Zaczęłam od łapaczy snów, których zrobiłam 11-cie.

Następnie opracowałam scenariusz na podstawie książeczki pt. „Demon z gór”.

Zaplanowałam, że goście Maksa wystąpią w przedstawieniu, w którym odegrają role z tego opowiadania. Córki pomogły mi narysować postacie Indian, demona z gór i kreta, które przymocowałam do zakupionych drewnianych szpatułek. Tak powstał „lizakowy teatrzyk”

Kółka z postaciami są mocowane na drewniane szpatułki za pomocą samoprzylepnej rzepy.

Zrobiłam też tipi, totem, opaski na pióra i piniatę -„demona z gór”.

Rzep wykorzystałam też do przyczepienia imienia, które wylosował Indianin.

Do zrobienia totemu wykorzystałam wieże z zamku – „Mega kolorowanka”.

Do środka piniaty włożyłam poduszeczki  z powietrzem (które służą do ochraniania przesyłanych w paczkach przedmiotów) oraz warzywa i smerfy w powietrznych poduszeczkach, które dostawało się za zakupy w Lidlu.

Pierwsza przyszła Iga i podarowała Maksowi prezent  od niej i od Kamila.

Zaraz po Idze przyszła Amelka oraz Olek z rodzeństwem.

Impreza zaczęła się od rozdania opasek na pióra. Potem Indianie wylosowali swoje imiona. Były: Smukła Topola, Czerwona Błyskawica, Leśna Orchidea, Krzyczący Puszczyk, Biegnący Lis, Księżycowy Orzeł.

Rozpoczęliśmy od malowania znaków na totemie. Ci którzy pomalowali  swój znak dostawali amulet – łapacz snów.

Następnie rozpoczęły się konkurencje, w których Indianie zdobywali pióra do pióropusza. Każdy mógł wybrać  sobie pióro…

Indianie uczestniczyli w strzelaniu  z łuku, strzelaniu z procy, przechodzeniu przez kreci tunel, mieli próbę „kamiennej” twarzy, symulację jazdy na krecie… Ich pióropusze wzbogacały się o kolejne pióra.

Pierwsze strzały powędrowały do tarczy…

…a co za tym idzie – pierwsze pióra pojawiły się  w opaskach indiańskich.

Strzelanie z procy było trudniejsze.

Przeciskaliśmy się tak jak Indianin Nitou przez kreci tunel.

Biegnący Wilk i Księżycowy Orzeł w tipi.

Indianka Czerwona Błyskawica w symulatorze jazdy na krecie.

Piórkowe tuby, kto dalej  wydmucha swoje piórko.

Po emocjach zdobywaniu piór, czas na „lizakowy” teatrzyk i opowiedzenie przygody o Indianinie Nitou zmagającym się z demonem z gór – zwanym też pożeraczem chmur!

Wybieramy postać, którą będziemy odgrywać.

Po pierwszej próbie opowiedzieliśmy tę historię rodzicom.

Maks bardzo wczuł się w rolę pożeracza chmur.

Rodzicom nasza opowieść bardzo się podobała

Kulminacyjnym punktem każdych urodzin jest rozbicie piniaty. W tym roku daliśmy radę pożeraczowi  chmur!

Z rozbijanej piniaty wypadały obłoczki zjedzone przez demona z gór.

Po zabawie przyszedł czas na tort .

A po torcie bawiliśmy się w zabawę bardzo popularną na Dzikim Zachodzie i strzelaliśmy do puszek – było świetnie!

Janek ustawia puszki na listwie do celowania z pistoletu.

Udało nam się zagrać w cyferkowe doble, które przyniosła Maksowi Amelka.

Dziękujemy gościom za wspólną  zabawę i świetne prezenty!

Spotkanie ze sztuką

22 listopada, we wtorek, mieliśmy lekcję malowania w SCEK na Jezuickiej. Tym razem mieliśmy umieścić na naszej pracy linię horyzontu. Jako, że z liniami nie idzie nam najlepiej – w ich malowaniu mieli pomóc nam nasi opiekunowie.

ma1 ma2

Moja mama pociągnęła pędzlem jakieś linie i zaburzyła mi moje widzenie tego co i jak mam namalować.

ma3 ma4

Dam radę sam i zamaluję co trzeba…

ma5 ma6

Był traktor i już go nie widać…

ma8 ma9

Miało nie być traktora, ale jest! I jak tu się nie zdenerwować!

ma10

Moja praca powinna mieć tytuł –  przedmiot, którego miało nie być!

Po malowaniu zeszliśmy do Galerii Brzozowej, żeby zobaczyć wystawę p.t. ” Przedmiot, którego nie ma” (tytuł wystawy coś mi przypominał, ale jakoś nie mogłem sobie uświadomić co konkretnie).

b1 b2 b5

Malowanie to bardzo męczące zajęcie. Jak tylko dotarliśmy do krzeseł, to szybko na nich usiedliśmy, żeby dać odpocząć schodzonym nogom.