Archiwa kategorii: wyjazdy

Maks w Toruniu

Maks razem ze swoją klasą pojechał na dwudniową wycieczkę pociągiem do Torunia. Chylę czoło przed nauczycielami, którzy poświęcili swój prywatny czas, żeby uczniowie mogli doświadczyć takiej przygody.

Toruń to ciekawe miasto i ma sporo atrakcji dla dzieci i młodzieży.

Maks przeszedł „test prawości” pod Krzywą Wieżą.

Pospacerował po Piernikowej Alei Gwiazd i po Bulwarze Filadelfijskim.

Zobaczył film w Planetarium o młodym Mikołaju Koperniku i poczuł atmosferę miasta.

Był w Muzeum Zabawek

Gdzie zobaczył zabawki jakimi bawili się jego rodzice.

Nie udało mu się położyć Wańki- wstańki.

W Muzeum Żywego Piernika zrobił piernik toruński w kształcie serca.

W Domu Legend zobaczył jak jego koledzy i nauczyciele wcielili się w role bohaterów toruńskich opowieści…

Taka wycieczka to najlepszy sposób na naukę przez doświadczanie; nowych sytuacji (samodzielna piecza nad walizką), poznanie nowego miasta (nad tą samą rzeką co Warszawa) i bycie w grupie rówieśniczej bez rodziców dzień i noc…

Niedziela we Wrocławiu

Poszliśmy do Kościoła Św Elżbiety Węgierskiej, który jest Bazyliką Mniejszą i Kościołem Garnizonowym.  Jednak strona, na której sprawdzaliśmy porządek mszy Świętej, należała do kościoła Św Elżbiety na Grabiszyńskiej. Dlatego wybraliśmy się na 11.15 i  na miejscu okazało się,  że msza będzie dopiero o 12.00

Mieliśmy więc godzinę na pokręcenie się po Rynku. Do tej pory bywaliśmy na rynku wrocławskim wieczorem. W niedzielę zobaczyliśmy rynek w promieniach słonecznych.

Fontanna” Zdrój” jednak lepiej się prezentuje w nocy.

Znaleźliśmy też nowe krasnale.

I na koniec wycieczki -Maksio jako krasnal.

Wracaliśmy do Warszawy pociągiem o 14.35, który był bardzo zatłoczony i wielu podróżnych stało przez 4,5 godziny jazdy.

 

Atrakcje we Wrocławiu

W sobotę mieliśmy napięty grafik, więc po śniadaniu wyruszyliśmy do Hydropolis.

Po wczorajszym dniu musiałem  odpoczywać podobnie jak mój kolega Olek.

W czasie zwiedzania ważne jest żeby dobrze rozłożyć siły i kiedy tylko się da przyjąć pozycję relaksującą.

Hydropolis to centrum nauki o wodzie, stąd też wodna kurtyna przed wejściem.  Ze strumieni wody układają się różne wzory i można też poćwiczyć refleks przemykając się pomiędzy strumieniami wody. Pod koniec wycieczki spróbowałem prześcignąć strumień wody i zmoczyłem rękaw bluzy.

Powitał nas android, który miał tablet i można było wedle uznania nastawić go na interesującą opcję!

Mama zrobiła mi pamiątkowe zdjęcie nurka.

Potem zwiedziłem kabinę modelu łodzi podwodnej, w której badacze zapuszczali się w ciemne odchłanie morskich głębin.  Nie mieli zbyt dużo miejsca, szczególnie luk wejściowy był mały.

Oglądaliśmy repliki zwierząt żyjących na dużych głębokościach i dowiedzieliśmy się jak się przystosowały do życia w ciemności.

W Hydropolis jest wiele makiet interaktywnych i tablic, ale generalnie panuje mrok, jak w głębinach morskich.

Oto właśnie makieta Wrocławia. Kiedy naciśnie się guzik podświetla się odpowiedni budynek miasta.

Ciekawie podane różne informacje, ale trochę dla mnie za trudne…

Za to strefa relaksu to bardzo przyjemne miejsce na odpoczynek.

Z Hydropolis na piechotę doszliśmy do ZOO. A w ZOO wszyscy chcieli zobaczyć Afrykarium, a więc akwaria z rybami, wybiegi hipopotamów i żółwi…

Lubię patrzeć na ryby.

Strefa odpoczynku w ZOO, czekam aż grupa dołączy…

Po drodze bryczka. Chyba każdy chciał być woźnicą…Kolejna chwila na odpoczynek.

Żyrafy mają wybieg blisko Afrykarium, więc jestem już blisko celu wycieczki.

Budynek Afrykarium za mną, ale nie ma co się spieszyć.

Znowu ściana wody, a poniżej wybieg hipopotamów.

Wybieg dla żółwi. Jest im zimno, bo grzeją skorupy pod lampami.

Tunel pod wodny jest fascynujący…

Rzut oka na wybieg dla pingwinów i czas coś zjeść. Obok jest jadłodalnia.

Wyszliśmy z ZOO z drugiej strony i wsiedliśmy do tramwaju linii 10.

Dojechaliśmy do Ostrowa Tumskiego i poszliśmy szukać krasnala Trisomka. Niestety na Ulicy Kapitulnej  4 nie znaleźliśmy go. Weszliśmy więc do Ogrodu Botanicznego  Uniwersytetu Wrocławskiego i tam znaleźliśmy Trzy inne krasnale.

W ogrodzie pięknie zakwitły magnolie.

Wieczorem wróciliśmy na Ostów Tumski, tym razem od strony Placu Bema.

Szukaliśmy krasnali  i tuż przed zamknięciem weszliśmy na minutę do Katedry.

Wracaliśmy na piechotę przez wrocławską ścieżkę historyczną.

Wrocławska Ścieżka Historyczna składa się z szeregu pamiątkowych płyt wmurowanych w chodnik, które upamiętniają ważne dla miasta daty.

Wpadliśmy na herbatę do Amorinio i tam zobaczyłem dwa kolejne krasnale.

Wycieczka do Wrocławia

Pojechaliśmy na rodzinno – klasową wycieczkę do Wrocławia. W pociągu mieliśmy 22 miejsca i podróż minęła nam bardzo przyjemnie. We Wrocławiu powitało nas słońce i było tak ciepło, że zanim dojechaliśmy i doszliśmy do Hostelu Pięć Gwiazd, byliśmy spoceni.

Szybko się przebrałem i poszliśmy na obiad. We Wrocławiu jest dużo mostów i kładek .

W Stacji Dizajn zjadłem pierogi i choć pierogi bardzo lubię, to te były trochę za pikantne.

Bardzo blisko Stacji Dizajn jest Kolejkowo – wybrane miejsca na Dolnym Śląsku  przedstawione na makiecie, a wśród tych krajobrazów jadące samochody i pociągi. Do tego w Kolejkowie po dniu następuje noc i zapalają się światełka w oknach domów. Wtedy można zajrzeć do wnętrza takiego mieszkania w bloku.

Tu widać fragment Wrocławia i knajpki pod nasypem na ulicy Bolesławskiego.

Tu fragment Rynku.

Czekam na pociąg, który już się zbliża!

W Kolejkowie jest pól kilometra szyn, po których jeździ 15 pociągów.

Jest dzień i noc jak w prawdziwym świecie.

Pokazane jest życie  na wsi i w mieście.

Wieczorem wyruszyliśmy na zwiedzanie Wrocławia i jego Rynku. Szukaliśmy także krasnali, które są dużą atrakcją we Wrocławiu.

Powoli opuszczała mnie energia, a dopadało zmęczenie. A moi koledzy wciąż znajdowali nowe krasnale.

Natomiast moje koleżanki mają niespożytą energię. Chyba się wyłączyłem, bo nie pamiętam co mi tłumaczyły.

Wrocław to piękne miasto, ale z radością wróciłem do pokoju. Ze zwiedzaniem też nie należy przesadzać!

Weekend w Ustroniu

Są obowiązki,  pod które trzeba podporządkować swoje plany. Dla członków stowarzyszenia Zakątek 21, którzy mieszkają w różnych częściach Polski, takim obowiązkiem jest sprawozdawczość; przyjęcie sprawozdania finansowego i udzielenie zarządowi stowarzyszenia  absolutorium. Od kilku lat spotykamy się w różnych częściach Polski, aby wywiązać się z obowiązków, które wzięliśmy na barki. Praca społeczna jest absorbująca, a ułatwienia, które wchodzą w życie ( podpisywanie sprawozdania finansowego podpisem zaufanym, lub kwalifikowanym) raczej sprawę utrudniają niż ułatwiają przynajmniej  kiedy to jest ten pierwszy raz…

W każdym razie staramy się, aby spotkanie członków stowarzyszenia, którzy w większości są rodzicami dzieci  z zespołem Downa było atrakcyjne także dla dzieci – a właściwie dla  młodzieży. W tym roku Zakątek 21, Stowarzyszenie Rodziców i przyjaciół dzieci z zespołem Downa będzie obchodzić 21 marca dziesięciolecie swojego istnienia. Siłą rzeczy nasze dzieci, przez te lata kiedy wspólnie działamy, urosły i stały się nastolatkami. Z radością też patrzymy na to, że regularne ich spotkania choć dość rzadkie ( raz czy dwa razy w roku) sprawiły, że są grupą kumpli, którzy się lubią i dobrze się razem  bawią.

Zabawa w balonową siatkówkę.

Maks w drużynie z Krzysiem i Kasią przeciwko drużynie Bianki, Kuby i Tomka.

Druga zabawa rodem z wesela. Przy muzyce dookoła krzeseł bieganie i siadanie, kiedy muzyka ucichnie…

Finał zabawy –  wszyscy uśmiechnięci. Co prawda reguły zostały kilka razy nagięte, żeby nie powiedzieć – złamane, ale  w tym celu, żeby wszyscy dobrze się bawili i żeby nikomu nie było smutno, że odpadł. Zresztą to jest może charakterystyczne, że  dla nich liczy się przede wszystkim zabawa i uczestnictwo a nie to, kto zasiądzie na jedynym krześle, którym jak widać można się nawet podzielić!

W sobotę był kulig w Jaworzynce.  Co prawda śniegu już było mało, ale osoby organizujące kuligi są na to przygotowane i zamiast sań, konie ciągną bryczki.

Dzieci czekają na kulig. Dziękuję Marcie i Magdzie za zdjęcia.

Maks jedzie i migają tylko z bryczki jego szare rękawiczki- parafrazując” Pchłę Szachrajkę”

Nie wszyscy mogli jechać. Niektórzy musieli pomóc koniom i pchali wóz pod górkę.

Było zimno, dlatego wszyscy w szałasie grzali się przy ogniu i czekali na kiełbaski.

W zimny dzień dopiero docenia się moc ciepłego napoju!

Maks grzał nogi przy ogniu jak pozostali uczestnicy kuligu.

Maks jest chory

Nie pamiętam kiedy Maks miał ostatnio zapalenie oskrzeli. Jak wróciliśmy z Rowów tata Maksa miał przez dziesięć dni ostre zapalenie gardła, ale obeszło się bez antybiotyku. Natomiast  Maks od 15 sierpnia ciągle gorączkuje mimo, że co dwa dni chodziliśmy do lekarza i od tygodnia  bierze klacid i nebud.

Pobyt nad morzem jest już tylko wspomnieniem, a w świetle ostatnich chorobowych atrakcji jawi się mi jako czas niezwykle udany i piękny, więc z przyjemnością go wspominam…

Maks wiele czasu spędził w wodzie. Najczęściej z tatą.

Trochę pływał na dmuchanej orce, ale przede wszystkim dużo czasu był w wodzie.

Podobało mu się też skakanie przez fale.

Razem czekaliśmy na  zachody słońca…

Raz były grupowe zajęcia na plaży polegające na drużynowym budowaniu zamku z piasku.Maks nie zmienił w tej kwestii zdania i tak jak w poprzednich latach budowanie z piasku zupełnie go nie interesuje.

Zrobiliśmy fajną wycieczkę piesza do Latarni w Czołpinie, potem zeszliśmy nad brzeg morza. Doszliśmy do Czerwonej Szopy i wróciliśmy na parking. Cała trasa około 6 kilometrów. Przy okazji zobaczyliśmy co zmieniło się od naszego pobytu w 2010 roku

Wyremontowano stary budynek i będzie tu muzeum latarnictwa.

Droga ku latarni wiodła w słońca promieniach.

Niebieski szlak od latarni biegnie na brzeg morza

Zeszliśmy z wydmy i brzegiem morza doszliśmy do Czerwonej Szopy

Było gorąco, ale nad morzem upał był mniej odczuwalny. Jesteśmy dumni z Maksa, że bez marudzenia przeszedł z nami tę trasę. Pamiętam przecież czasy kiedy nie ruszaliśmy się z Albatrosa dalej niż nad brzeg morza…

Dziesiąty turnus w Rowach za nami

W tym roku mieliśmy nowe animatorki zajęć na turnusie. Panie Annę, Renatę i Darię. Na koniec napisałam dla nich wierszyk jako wyraz naszego podziękowania za ich pracę i zaangażowanie.

Kończy się turnusu czas
Już za chwilę każdy z nas
Wypoczęty, opalony
Wróci wkrótce w swoje strony.

Dziś, gdy wszyscy się żegnamy
Trzeci turnus wspominamy.
Dziękujemy za te chwile,
Które wspominamy mile:

Za ogniska z atrakcjami,
Za spotkania wieczorami,
Za tematy poruszone,
I za filmy wyświetlone.

Dzieci wiele zajęć miały
Raz tańczyły, raz śpiewały,
I na plaży w słońca blasku
Budowały zamki z piasku.
Japońskiego się uczyły,
Czym nas wszystkich zachwyciły.

Paniom: Reni, Darii, Ani
Dziękujemy dziś brawami!
Za końcowe przedstawienie
Dziękujemy ze wzruszeniem.
I choć dzisiaj się żegnamy
Może za rok się spotkamy.

Zabawa cowboy’skiem klimacie.

Dzień Meksykański z ogniskiem

Zabawa z  japońskimi znakami i nauka piosenki

Czerwona farba na flagę japońską.

Na opasce japońskie litery.

A wieczorem tańce.

 

Rowy 2018 – jak to jest z tą mową

W tym roku po raz dziesiąty byliśmy na turnusie Stowarzyszenia Bardziej Kochani w Rowach. Jedyna zmiana była w terminie. Tym razem pojechaliśmy na ostatni, trzeci turnus. W związku z tym prawie wszystkie osoby, które spotkaliśmy były dla nas nowe. Rodzeństwo Maksa zawsze pyta mnie: czemu stale jeździmy w to samo miejsce? Odpowiedź jest prosta – robimy to dla Maksa, żeby wakacje spędzał w gronie dzieci i młodzieży takich jak on…

To zawsze wydawało mi się oczywiste. Kiedy jeździ się w to samo miejsce w gronie osób, które się długo zna, to i dzieci się znają i wiedzą jak funkcjonuje nasz Maks, a właściwie chodzi tu głównie o to, że są przyzwyczajone do tego, że Maks nie mówi. Przyjazd w stare miejsce, ale w nowym towarzystwie okazał się dla mnie odkrywczy.

Okazało się, że wejście Maksa w nowe otoczenie dzieci z zespołem Downa nie jest wcale automatyczne i łatwe. Tu też działają mechanizmy takie jak w środowisku wszystkich dzieci: trzeba być jakoś atrakcyjnym, żeby koledzy chcieli cię w grupie.

Jakiś dramatycznych sytuacji odtrącenia nie było, ale ja tak to odebrałam po minach starszych kolegów w trakcie wspólnych zabaw organizowanych przez animatorki.

Co myśli Maks na ten temat – na pewno się nie dowiem. On jest zadowolony stale. Jemu do szczęścia wystarczy to, że nauczył się nowego słowa „paluch”, które w kółko powtarzał, co wywoływało zdziwienie nastolatków turnusowych. Innym musiałam tłumaczyć, że Maks jest tak dumny z tego nowego osiągnięcia werbalnego, że upaja się nim i nas upaja przy okazji. Jedno słowo i do tego cała historyjka „jak to z paluchem było”…

Na plaży siedzieliśmy z nowo poznaną mamą i jej dwiema córkami – obie z zespołem Downa. Tacie Maksa dzieciaki zasypywały stopy. On ruszał paluchem i praca nad zasypaniem stóp trwała nieprzerwanie. Co tylko zrobiła się dziura w górce piasku i wyłonił się w niej paluch, dziewczyny krzyczały: „paluch, paluch”… No i Maks nauczył się wtedy tego słowa, pewnie przez emocje jakie towarzyszyły tej sytuacji. Kiedyś przechodził obok tych dziewczynek i popisywał się nowym słowem. Wtedy ta starsza zawołała: ty jesteś paluch. I tak Maks otrzymał ksywkę, która pewnie dlatego się nie przyjęła, że inne dzieci tego nie słyszały, a może z innego powodu, którego już nie dociekam, bo i tak będą to tylko domysły.

Animatorki mieliśmy bardzo ambitne. Na koniec turnusu dzieci pod ich kierunkiem wystawiły przedstawienie pt. „Dary Nowego  Roku” wg wiersza Wiery Badalskiej.
Oczywiście powstały dwie grupy: jedna recytująca, a druga tańcząca. Rodzice przygotowali dzieciom ozdoby z krepiny: chłopcom naszyjniki, a dziewczynkom spódniczki. I trzeba powiedzieć, że przedstawienie się udało, choć były tylko cztery próby. Rodzice byli wzruszeni… Tylko oczywiście okazało się, że nawet tekst wypowiadany przez dzieci, które mówią, trudno jest zrozumieć. Panie Animatorki były na to przygotowane, na ekranie był wyświetlany tekst, które dzieci mówiły, ale fakt pozostaje faktem.


A na zdjęciu grupa taneczna tuż przed przedstawieniem. Pod dekoracjami drzew siedzą dzieci z grupy recytującej.

Urodziny Maksa na zielonej szkole

W czwartek 14 czerwca Maks obchodził swoje urodziny na zielonej szkole. Była piniata „Gwiazda śmierci” z piłeczkami w środku.

Po rozbiciu piniaty nadszedł czas na tort i dyskotekę.

Maks jak widać mocno przejęty!

Były życzenia…

…także wypowiadane na „mówiku”…

…i prezent, a potem świetna zabawa. Dziękuję Pani  Wychowawczyni za przeprowadzenie urodzinowej imprezy i zrobienie pamiątkowych zdjęć!

Oczywiście Maks tańczył patrząc na siebie w lustrze!

Dzień Dziecka – odsłona druga

Kiedyś świętowało się krótko. 1 czerwca obchodziło się Dzień Dziecka i dzień ten trwał najwyżej 24 godziny. Teraz rozciąga się świętowanie w czasie i np. Dzień Dziecka zaczęliśmy świętować na Warszawskim Dniu Energii, a skończymy dopiero 8 czerwca. Idąc z duchem czasu i my na zlocie przedłużyliśmy Dzień Dziecka o kolejną dobę. Tak więc w sobotę 2 czerwca na dzieci czekały niespodzianki zaplanowane i niezaplanowane!

Zaczęliśmy od rozbijania piniaty „zakątkowej”, złotej rybki…


Kiedy dzieci skonczyły rozbijać piniatę na teren ośrodka wjechały zabytkowe pojazdy militarne Stowarzyszenia „Wisła” i na nich skoncentrowała się uwaga nas wszystkich. Tym bardziej, że okazało się, że będzie można przejechać się zabytkową maszyną. Dzieci i rodzice entuzjastycznie zareagowali na tę nieplanowaną niespodziankę!


Maks był przeszczęśliwy co widać na ostatnim zdjęciu. Podobają mu się motocykle, bo jak wiadomo z piosenki „motocykle – one są niezwykłe” a tu jeszcze wojskowe, takie jak w filmie „Czterej Pancerni i pies” (choć to raczej film z mojego dzieciństwa).

Na siodełku motocykla też sobie posiedział i przejechał się amerykańskim jeepem…

Kiedy wszyscy chętni przejechali się pojazdami Stowarzyszenia „Wisła” wróciliśmy do planowanych niespodzianek, czyli zabaw z wodnymi balonami. Napełniliśmy ich 130, a i tak popyt okazał się większy i dzieci wypełniły wodą następne 70 sztuk.

Najpierw były zawody w przerzucaniu balonów pomiędzy chustami…

…a potem rzuty balonami w stylu wolnym.

Na koniec był tort i upominki książkowe.

Po kolacji spotkaliśmy się w tym samym miejscu na koncercie talentów. Dzieci namalowały swoje plakaty (Maks niestety nie), a potem zaśpiewały ulubioną piosenkę.

Tak zakończyły się dwudniowe obchody Dnia Dziecka na X Zakątkowym Zlocie.