Archiwa kategorii: wyjazdy

Weekend w Ustroniu

Są obowiązki,  pod które trzeba podporządkować swoje plany. Dla członków stowarzyszenia Zakątek 21, którzy mieszkają w różnych częściach Polski, takim obowiązkiem jest sprawozdawczość; przyjęcie sprawozdania finansowego i udzielenie zarządowi stowarzyszenia  absolutorium. Od kilku lat spotykamy się w różnych częściach Polski, aby wywiązać się z obowiązków, które wzięliśmy na barki. Praca społeczna jest absorbująca, a ułatwienia, które wchodzą w życie ( podpisywanie sprawozdania finansowego podpisem zaufanym, lub kwalifikowanym) raczej sprawę utrudniają niż ułatwiają przynajmniej  kiedy to jest ten pierwszy raz…

W każdym razie staramy się, aby spotkanie członków stowarzyszenia, którzy w większości są rodzicami dzieci  z zespołem Downa było atrakcyjne także dla dzieci – a właściwie dla  młodzieży. W tym roku Zakątek 21, Stowarzyszenie Rodziców i przyjaciół dzieci z zespołem Downa będzie obchodzić 21 marca dziesięciolecie swojego istnienia. Siłą rzeczy nasze dzieci, przez te lata kiedy wspólnie działamy, urosły i stały się nastolatkami. Z radością też patrzymy na to, że regularne ich spotkania choć dość rzadkie ( raz czy dwa razy w roku) sprawiły, że są grupą kumpli, którzy się lubią i dobrze się razem  bawią.

Zabawa w balonową siatkówkę.

Maks w drużynie z Krzysiem i Kasią przeciwko drużynie Bianki, Kuby i Tomka.

Druga zabawa rodem z wesela. Przy muzyce dookoła krzeseł bieganie i siadanie, kiedy muzyka ucichnie…

Finał zabawy –  wszyscy uśmiechnięci. Co prawda reguły zostały kilka razy nagięte, żeby nie powiedzieć – złamane, ale  w tym celu, żeby wszyscy dobrze się bawili i żeby nikomu nie było smutno, że odpadł. Zresztą to jest może charakterystyczne, że  dla nich liczy się przede wszystkim zabawa i uczestnictwo a nie to, kto zasiądzie na jedynym krześle, którym jak widać można się nawet podzielić!

W sobotę był kulig w Jaworzynce.  Co prawda śniegu już było mało, ale osoby organizujące kuligi są na to przygotowane i zamiast sań, konie ciągną bryczki.

Dzieci czekają na kulig. Dziękuję Marcie i Magdzie za zdjęcia.

Maks jedzie i migają tylko z bryczki jego szare rękawiczki- parafrazując” Pchłę Szachrajkę”

Nie wszyscy mogli jechać. Niektórzy musieli pomóc koniom i pchali wóz pod górkę.

Było zimno, dlatego wszyscy w szałasie grzali się przy ogniu i czekali na kiełbaski.

W zimny dzień dopiero docenia się moc ciepłego napoju!

Maks grzał nogi przy ogniu jak pozostali uczestnicy kuligu.

Maks jest chory

Nie pamiętam kiedy Maks miał ostatnio zapalenie oskrzeli. Jak wróciliśmy z Rowów tata Maksa miał przez dziesięć dni ostre zapalenie gardła, ale obeszło się bez antybiotyku. Natomiast  Maks od 15 sierpnia ciągle gorączkuje mimo, że co dwa dni chodziliśmy do lekarza i od tygodnia  bierze klacid i nebud.

Pobyt nad morzem jest już tylko wspomnieniem, a w świetle ostatnich chorobowych atrakcji jawi się mi jako czas niezwykle udany i piękny, więc z przyjemnością go wspominam…

Maks wiele czasu spędził w wodzie. Najczęściej z tatą.

Trochę pływał na dmuchanej orce, ale przede wszystkim dużo czasu był w wodzie.

Podobało mu się też skakanie przez fale.

Razem czekaliśmy na  zachody słońca…

Raz były grupowe zajęcia na plaży polegające na drużynowym budowaniu zamku z piasku.Maks nie zmienił w tej kwestii zdania i tak jak w poprzednich latach budowanie z piasku zupełnie go nie interesuje.

Zrobiliśmy fajną wycieczkę piesza do Latarni w Czołpinie, potem zeszliśmy nad brzeg morza. Doszliśmy do Czerwonej Szopy i wróciliśmy na parking. Cała trasa około 6 kilometrów. Przy okazji zobaczyliśmy co zmieniło się od naszego pobytu w 2010 roku

Wyremontowano stary budynek i będzie tu muzeum latarnictwa.

Droga ku latarni wiodła w słońca promieniach.

Niebieski szlak od latarni biegnie na brzeg morza

Zeszliśmy z wydmy i brzegiem morza doszliśmy do Czerwonej Szopy

Było gorąco, ale nad morzem upał był mniej odczuwalny. Jesteśmy dumni z Maksa, że bez marudzenia przeszedł z nami tę trasę. Pamiętam przecież czasy kiedy nie ruszaliśmy się z Albatrosa dalej niż nad brzeg morza…

Dziesiąty turnus w Rowach za nami

W tym roku mieliśmy nowe animatorki zajęć na turnusie. Panie Annę, Renatę i Darię. Na koniec napisałam dla nich wierszyk jako wyraz naszego podziękowania za ich pracę i zaangażowanie.

Kończy się turnusu czas
Już za chwilę każdy z nas
Wypoczęty, opalony
Wróci wkrótce w swoje strony.

Dziś, gdy wszyscy się żegnamy
Trzeci turnus wspominamy.
Dziękujemy za te chwile,
Które wspominamy mile:

Za ogniska z atrakcjami,
Za spotkania wieczorami,
Za tematy poruszone,
I za filmy wyświetlone.

Dzieci wiele zajęć miały
Raz tańczyły, raz śpiewały,
I na plaży w słońca blasku
Budowały zamki z piasku.
Japońskiego się uczyły,
Czym nas wszystkich zachwyciły.

Paniom: Reni, Darii, Ani
Dziękujemy dziś brawami!
Za końcowe przedstawienie
Dziękujemy ze wzruszeniem.
I choć dzisiaj się żegnamy
Może za rok się spotkamy.

Zabawa cowboy’skiem klimacie.

Dzień Meksykański z ogniskiem

Zabawa z  japońskimi znakami i nauka piosenki

Czerwona farba na flagę japońską.

Na opasce japońskie litery.

A wieczorem tańce.

 

Rowy 2018 – jak to jest z tą mową

W tym roku po raz dziesiąty byliśmy na turnusie Stowarzyszenia Bardziej Kochani w Rowach. Jedyna zmiana była w terminie. Tym razem pojechaliśmy na ostatni, trzeci turnus. W związku z tym prawie wszystkie osoby, które spotkaliśmy były dla nas nowe. Rodzeństwo Maksa zawsze pyta mnie: czemu stale jeździmy w to samo miejsce? Odpowiedź jest prosta – robimy to dla Maksa, żeby wakacje spędzał w gronie dzieci i młodzieży takich jak on…

To zawsze wydawało mi się oczywiste. Kiedy jeździ się w to samo miejsce w gronie osób, które się długo zna, to i dzieci się znają i wiedzą jak funkcjonuje nasz Maks, a właściwie chodzi tu głównie o to, że są przyzwyczajone do tego, że Maks nie mówi. Przyjazd w stare miejsce, ale w nowym towarzystwie okazał się dla mnie odkrywczy.

Okazało się, że wejście Maksa w nowe otoczenie dzieci z zespołem Downa nie jest wcale automatyczne i łatwe. Tu też działają mechanizmy takie jak w środowisku wszystkich dzieci: trzeba być jakoś atrakcyjnym, żeby koledzy chcieli cię w grupie.

Jakiś dramatycznych sytuacji odtrącenia nie było, ale ja tak to odebrałam po minach starszych kolegów w trakcie wspólnych zabaw organizowanych przez animatorki.

Co myśli Maks na ten temat – na pewno się nie dowiem. On jest zadowolony stale. Jemu do szczęścia wystarczy to, że nauczył się nowego słowa „paluch”, które w kółko powtarzał, co wywoływało zdziwienie nastolatków turnusowych. Innym musiałam tłumaczyć, że Maks jest tak dumny z tego nowego osiągnięcia werbalnego, że upaja się nim i nas upaja przy okazji. Jedno słowo i do tego cała historyjka „jak to z paluchem było”…

Na plaży siedzieliśmy z nowo poznaną mamą i jej dwiema córkami – obie z zespołem Downa. Tacie Maksa dzieciaki zasypywały stopy. On ruszał paluchem i praca nad zasypaniem stóp trwała nieprzerwanie. Co tylko zrobiła się dziura w górce piasku i wyłonił się w niej paluch, dziewczyny krzyczały: „paluch, paluch”… No i Maks nauczył się wtedy tego słowa, pewnie przez emocje jakie towarzyszyły tej sytuacji. Kiedyś przechodził obok tych dziewczynek i popisywał się nowym słowem. Wtedy ta starsza zawołała: ty jesteś paluch. I tak Maks otrzymał ksywkę, która pewnie dlatego się nie przyjęła, że inne dzieci tego nie słyszały, a może z innego powodu, którego już nie dociekam, bo i tak będą to tylko domysły.

Animatorki mieliśmy bardzo ambitne. Na koniec turnusu dzieci pod ich kierunkiem wystawiły przedstawienie pt. „Dary Nowego  Roku” wg wiersza Wiery Badalskiej.
Oczywiście powstały dwie grupy: jedna recytująca, a druga tańcząca. Rodzice przygotowali dzieciom ozdoby z krepiny: chłopcom naszyjniki, a dziewczynkom spódniczki. I trzeba powiedzieć, że przedstawienie się udało, choć były tylko cztery próby. Rodzice byli wzruszeni… Tylko oczywiście okazało się, że nawet tekst wypowiadany przez dzieci, które mówią, trudno jest zrozumieć. Panie Animatorki były na to przygotowane, na ekranie był wyświetlany tekst, które dzieci mówiły, ale fakt pozostaje faktem.


A na zdjęciu grupa taneczna tuż przed przedstawieniem. Pod dekoracjami drzew siedzą dzieci z grupy recytującej.

Urodziny Maksa na zielonej szkole

W czwartek 14 czerwca Maks obchodził swoje urodziny na zielonej szkole. Była piniata „Gwiazda śmierci” z piłeczkami w środku.

Po rozbiciu piniaty nadszedł czas na tort i dyskotekę.

Maks jak widać mocno przejęty!

Były życzenia…

…także wypowiadane na „mówiku”…

…i prezent, a potem świetna zabawa. Dziękuję Pani  Wychowawczyni za przeprowadzenie urodzinowej imprezy i zrobienie pamiątkowych zdjęć!

Oczywiście Maks tańczył patrząc na siebie w lustrze!

Dzień Dziecka – odsłona druga

Kiedyś świętowało się krótko. 1 czerwca obchodziło się Dzień Dziecka i dzień ten trwał najwyżej 24 godziny. Teraz rozciąga się świętowanie w czasie i np. Dzień Dziecka zaczęliśmy świętować na Warszawskim Dniu Energii, a skończymy dopiero 8 czerwca. Idąc z duchem czasu i my na zlocie przedłużyliśmy Dzień Dziecka o kolejną dobę. Tak więc w sobotę 2 czerwca na dzieci czekały niespodzianki zaplanowane i niezaplanowane!

Zaczęliśmy od rozbijania piniaty „zakątkowej”, złotej rybki…


Kiedy dzieci skonczyły rozbijać piniatę na teren ośrodka wjechały zabytkowe pojazdy militarne Stowarzyszenia „Wisła” i na nich skoncentrowała się uwaga nas wszystkich. Tym bardziej, że okazało się, że będzie można przejechać się zabytkową maszyną. Dzieci i rodzice entuzjastycznie zareagowali na tę nieplanowaną niespodziankę!


Maks był przeszczęśliwy co widać na ostatnim zdjęciu. Podobają mu się motocykle, bo jak wiadomo z piosenki „motocykle – one są niezwykłe” a tu jeszcze wojskowe, takie jak w filmie „Czterej Pancerni i pies” (choć to raczej film z mojego dzieciństwa).

Na siodełku motocykla też sobie posiedział i przejechał się amerykańskim jeepem…

Kiedy wszyscy chętni przejechali się pojazdami Stowarzyszenia „Wisła” wróciliśmy do planowanych niespodzianek, czyli zabaw z wodnymi balonami. Napełniliśmy ich 130, a i tak popyt okazał się większy i dzieci wypełniły wodą następne 70 sztuk.

Najpierw były zawody w przerzucaniu balonów pomiędzy chustami…

…a potem rzuty balonami w stylu wolnym.

Na koniec był tort i upominki książkowe.

Po kolacji spotkaliśmy się w tym samym miejscu na koncercie talentów. Dzieci namalowały swoje plakaty (Maks niestety nie), a potem zaśpiewały ulubioną piosenkę.

Tak zakończyły się dwudniowe obchody Dnia Dziecka na X Zakątkowym Zlocie.

 

 

X Zakątkowy Zlot

W czwartek 31 maja przyjechaliśmy do Ośrodka „12 Dębów” w Zaździerzu, koło Płocka na Zlot sympatyków Zakątka 21. Spotkaliśmy tam naszych znajomych, a Maks swoich kolegów i koleżanki.
Było gorąco, więc poszliśmy nad jezioro pomoczyć nogi. Bianka, Maks i Igor znów razem…

Nazajutrz był Dzień Dziecka, czas na lody i inne atrakcje, które sprawiły, że dzień był pełen wrażeń.


Po obiedzie przyjechali do ośrodka animatorzy z Reconu. Przywieźli ze sobą dmuchaną zjeżdżalnię, dart i zorganizowali dzieciom zabawy i tańce.
Dzieci bawiły się razem z rodzicami.

Było bardzo gorąco. Na szczęście po godzinie drzewa rzuciły cień na zjeżdżalnię, która nie była już taka gorąca.

Na zjeżdżalni dobrze mieć długie spodnie, choć Maks nosi je dlatego, żeby nie drapał się po ukąszeniu komarów.

Czas na zmianę. Dzień Dziecka – tata zakłada dziecku buciki (jak za dawnych lat).

Maks porzucał sobie woreczkami do tarczy.

Pobawił się z chustą klanza…


A potem poszalał z balonami.



Na koniec zabawy zrobiliśmy sobie wspólne zdjęcie.

Po kolacji poszliśmy na basen.

Basen po takim upalnym dniu spełnił nasze oczekiwania. Po basenie jeszcze czekało na nas ognisko i pieczone kiełbaski.

Ognisko skończyło się, kiedy zaczął padać deszcz. I tak zakończył się Dzień Dziecka.

Zamek w Ogrodzieńcu

W sobotę 5 maja postanowiliśmy wracać z „Wesołej Krainy” przez Ogrodzieniec i zobaczyć ten zamek, który jest na Szlaku Orlich Gniazd. Po drodze  zobaczyliśmy drogowskaz na Pustynię Błędowską, o której uczyliśmy się na lekcjach geografii w szkole podstawowej, nic więc dziwnego, że skręciliśmy koło Kluczy, aby dojechać na punkt widokowy Czubatka.

Z punktu widokowego widać Hutę Katowice.

 

W Ogrodzieńcu pojechaliśmy na Podzamcze i zaparkowaliśmy na podwórku jakiegoś domostwa.

Zamek w Ogrodzieńcu prezentuje się wspaniale i jest wręcz wbudowany w wapienne skały. Na wyślizganych schodach wykutych w  wapiennej skale łatwo można było się poślizgnąć, dlatego bardzo uważaliśmy na trasie zwiedzania. Maks radził sobie całkiem nieźle, choć niektóre schody były trudne…

Zamek zwiedza się w jednym kierunku i właściwie nie można się wycofać i pójść „pod prąd”.

Z murów zamku widać piękne wapienne skały.

Po udanym zwiedzaniu zamku Maks zażyczył sobie kupienie plastikowej imitacji zbroi rycerskiej.

Drugi dzień w Inwałd Parku

Inwałd Park proponuje tyle różnych atrakcji, że trudno jest je wszystkie zaliczyć jednego dnia. Dlatego warto zaplanować pobyt na dwa kolejne dni. Nam się udało! Maks nie zerwał bransoletki-biletu i mogliśmy wybrać się do Inwałd Parku następnego dnia po zajęciach rehabilitacyjnych w Wesołej Krainie. Zaczęliśmy od wizyty u smoczycy Bożeny.

Smoczyca Bożena zaśpiewała dla nas swoją piosenkę.

Po wizycie u smoczycy poszliśmy zobaczyć inne ruchome smoki.

Po wizycie u smoków postanowiliśmy przepłynąć jeszcze raz dziką rzeką.

Adaś z Jasiem pobiegli jeszcze raz przejść przez labirynt i zobaczyć Egipski Horror. Maks jakoś nie lubi się bać, więc nie zaliczył tej atrakcji. Poszliśmy za to do zielonego labiryntu. Na czatach (na balkonie górującym nad labiryntem) postawiłam koleżankę, żeby jak zabłądzimy pomogła nam znaleźć drogę powrotną, tym bardziej, że zbliżała się 18:00, a wraz z nią zamknięcie parku…

Jeśli będziemy w okolicy to na pewno jeszcze raz przyjedziemy do Inwałd Parku. Było super!

Inwałd Park

Po zajęciach pojechaliśmy do Parku rozrywki w Inwałdzie.

Kupiliśmy bilet rodzinny – 65 zł od osoby. Wydaje się drogo, ale na ten bilet (opaska na nadgarstku) można wejść też następnego dnia, więc w wychodzi 30 zł dziennie. Za te pieniądze już nie płaci się w parku za żadne karuzele, auta, czy inne atrakcje. Jedynie przejazd dziką rzeką trzeba opłacić dodatkowo – 12 zł od osoby.

Po tym mostku wchodziło się na wyspę, gdzie można było odkopać szkielet dinozaura, a rodzice w tym czasie mogą odpocząć na leżaku.

Z krainy dinozaurów poszliśmy do warowni. Po drodze minęliśmy Ogrody Jana Pawła II. Jest to obraz stworzony przez żywe rosliny i dobrze widoczny na mapie google. W ogrodach powstaje wieża widokowa, żeby można było podziwiać ten roślinny obraz…

Teren Parku jest olbrzymi i przejście z jednej części do drugiej zajmuje trochę czasu.

 

Warownia średniowieczna nie jest obiektem historycznym, ale zbudowano ją dokładając starania o to szczegóły, dzięki którym można poczuć wiatr historii…

Warownia jest imponująca. Można pospacerować po murach zamkowych, wejść na wieżę, do komnaty tortur, a także posłuchać historyjki o rycerzu oblegającym zamek.

Zadbano o szczegóły, m.in. można zobaczyć jak kiedyś wyglądała zamkowa wygódka.

W grocie pod warownią, w pełne godziny, budzi się smok, który ponoć ma na imię Bożena…

Siedzieliśmy sobie na podzamczu i czekaliśmy na obudzenie się smoczycy.

Smok śpiewa piosenkę i zieje ogniem, a także puszcza z nozdrzy parę.

Po piosence Bożenki poszliśmy zobaczyć jak wyrabiano miecze u kowala, dzbany u garncarza i krajki w warsztacie tkackim.

Tak wygląda podzamcze z murów warowni. Poszliśmy dalej do części lunaparkowej, żeby popłynąć dziką rzeką.

To była prawdziwa frajda.