Archiwum kategorii: przyroda

Dzika przyroda w zasięgu ręki i oka

Moja mama wymyśliła, że warto abym zajmował się pielęgnacją jakiejś roślinki. I co mi kupiła?

Różę jerychońską. Myślicie to co ja? Że ten suchy kłębek nie przypomina rośliny, a na pewno nie jest to róża. Rośliny trzeba podlewać, więc – podlałem.

Róża jerychońska należy do zmartwychwstanek – roślin, które są w stanie przetrwać skrajną suszę.

28 września podlałem moją zmartwychwstankę.

Następnego dnia zobaczyłem, że się zazieleniła. zmieniłem jej też naczynie na szersze, żeby mogła rozłożyć wygodnie gałązki.

Od poniedziałku moja róża zbytnio się nie zmieniła. Dolewam jej wody, ale po tygodniu powinienem przestać, żeby znów się wysuszyła i zwinęła w suchy kłębek. To nie będzie trudne…

Ostatnio moja mama , która bardzo lubi rośliny i zwierzęta, miała spotkanie z mysikrólikiem, który uderzył w jej okno ( pewnie chciał zobaczyć co robi) i upadł na balkon.

Był mocno oszołomiony, więc przez 10 minut mama robiła mu zdjęcia i kręciła filmiki. Ja bym dał mu spokój, ale miłośnicy dzikiej przyrody – tacy jak moja mama – tego nie potrafią.

Przedstawiam Wam filmik oko w oko z mysikrólikiem, który na szczęście doszedł do siebie i odleciał.

Atrakcje we Wrocławiu

W sobotę mieliśmy napięty grafik, więc po śniadaniu wyruszyliśmy do Hydropolis.

Po wczorajszym dniu musiałem  odpoczywać podobnie jak mój kolega Olek.

W czasie zwiedzania ważne jest żeby dobrze rozłożyć siły i kiedy tylko się da przyjąć pozycję relaksującą.

Hydropolis to centrum nauki o wodzie, stąd też wodna kurtyna przed wejściem.  Ze strumieni wody układają się różne wzory i można też poćwiczyć refleks przemykając się pomiędzy strumieniami wody. Pod koniec wycieczki spróbowałem prześcignąć strumień wody i zmoczyłem rękaw bluzy.

Powitał nas android, który miał tablet i można było wedle uznania nastawić go na interesującą opcję!

Mama zrobiła mi pamiątkowe zdjęcie nurka.

Potem zwiedziłem kabinę modelu łodzi podwodnej, w której badacze zapuszczali się w ciemne odchłanie morskich głębin.  Nie mieli zbyt dużo miejsca, szczególnie luk wejściowy był mały.

Oglądaliśmy repliki zwierząt żyjących na dużych głębokościach i dowiedzieliśmy się jak się przystosowały do życia w ciemności.

W Hydropolis jest wiele makiet interaktywnych i tablic, ale generalnie panuje mrok, jak w głębinach morskich.

Oto właśnie makieta Wrocławia. Kiedy naciśnie się guzik podświetla się odpowiedni budynek miasta.

Ciekawie podane różne informacje, ale trochę dla mnie za trudne…

Za to strefa relaksu to bardzo przyjemne miejsce na odpoczynek.

Z Hydropolis na piechotę doszliśmy do ZOO. A w ZOO wszyscy chcieli zobaczyć Afrykarium, a więc akwaria z rybami, wybiegi hipopotamów i żółwi…

Lubię patrzeć na ryby.

Strefa odpoczynku w ZOO, czekam aż grupa dołączy…

Po drodze bryczka. Chyba każdy chciał być woźnicą…Kolejna chwila na odpoczynek.

Żyrafy mają wybieg blisko Afrykarium, więc jestem już blisko celu wycieczki.

Budynek Afrykarium za mną, ale nie ma co się spieszyć.

Znowu ściana wody, a poniżej wybieg hipopotamów.

Wybieg dla żółwi. Jest im zimno, bo grzeją skorupy pod lampami.

Tunel pod wodny jest fascynujący…

Rzut oka na wybieg dla pingwinów i czas coś zjeść. Obok jest jadłodalnia.

Wyszliśmy z ZOO z drugiej strony i wsiedliśmy do tramwaju linii 10.

Dojechaliśmy do Ostrowa Tumskiego i poszliśmy szukać krasnala Trisomka. Niestety na Ulicy Kapitulnej  4 nie znaleźliśmy go. Weszliśmy więc do Ogrodu Botanicznego  Uniwersytetu Wrocławskiego i tam znaleźliśmy Trzy inne krasnale.

W ogrodzie pięknie zakwitły magnolie.

Wieczorem wróciliśmy na Ostów Tumski, tym razem od strony Placu Bema.

Szukaliśmy krasnali  i tuż przed zamknięciem weszliśmy na minutę do Katedry.

Wracaliśmy na piechotę przez wrocławską ścieżkę historyczną.

Wrocławska Ścieżka Historyczna składa się z szeregu pamiątkowych płyt wmurowanych w chodnik, które upamiętniają ważne dla miasta daty.

Wpadliśmy na herbatę do Amorinio i tam zobaczyłem dwa kolejne krasnale.

Weekend w Ustroniu

Są obowiązki,  pod które trzeba podporządkować swoje plany. Dla członków stowarzyszenia Zakątek 21, którzy mieszkają w różnych częściach Polski, takim obowiązkiem jest sprawozdawczość; przyjęcie sprawozdania finansowego i udzielenie zarządowi stowarzyszenia  absolutorium. Od kilku lat spotykamy się w różnych częściach Polski, aby wywiązać się z obowiązków, które wzięliśmy na barki. Praca społeczna jest absorbująca, a ułatwienia, które wchodzą w życie ( podpisywanie sprawozdania finansowego podpisem zaufanym, lub kwalifikowanym) raczej sprawę utrudniają niż ułatwiają przynajmniej  kiedy to jest ten pierwszy raz…

W każdym razie staramy się, aby spotkanie członków stowarzyszenia, którzy w większości są rodzicami dzieci  z zespołem Downa było atrakcyjne także dla dzieci – a właściwie dla  młodzieży. W tym roku Zakątek 21, Stowarzyszenie Rodziców i przyjaciół dzieci z zespołem Downa będzie obchodzić 21 marca dziesięciolecie swojego istnienia. Siłą rzeczy nasze dzieci, przez te lata kiedy wspólnie działamy, urosły i stały się nastolatkami. Z radością też patrzymy na to, że regularne ich spotkania choć dość rzadkie ( raz czy dwa razy w roku) sprawiły, że są grupą kumpli, którzy się lubią i dobrze się razem  bawią.

Zabawa w balonową siatkówkę.

Maks w drużynie z Krzysiem i Kasią przeciwko drużynie Bianki, Kuby i Tomka.

Druga zabawa rodem z wesela. Przy muzyce dookoła krzeseł bieganie i siadanie, kiedy muzyka ucichnie…

Finał zabawy –  wszyscy uśmiechnięci. Co prawda reguły zostały kilka razy nagięte, żeby nie powiedzieć – złamane, ale  w tym celu, żeby wszyscy dobrze się bawili i żeby nikomu nie było smutno, że odpadł. Zresztą to jest może charakterystyczne, że  dla nich liczy się przede wszystkim zabawa i uczestnictwo a nie to, kto zasiądzie na jedynym krześle, którym jak widać można się nawet podzielić!

W sobotę był kulig w Jaworzynce.  Co prawda śniegu już było mało, ale osoby organizujące kuligi są na to przygotowane i zamiast sań, konie ciągną bryczki.

Dzieci czekają na kulig. Dziękuję Marcie i Magdzie za zdjęcia.

Maks jedzie i migają tylko z bryczki jego szare rękawiczki- parafrazując” Pchłę Szachrajkę”

Nie wszyscy mogli jechać. Niektórzy musieli pomóc koniom i pchali wóz pod górkę.

Było zimno, dlatego wszyscy w szałasie grzali się przy ogniu i czekali na kiełbaski.

W zimny dzień dopiero docenia się moc ciepłego napoju!

Maks grzał nogi przy ogniu jak pozostali uczestnicy kuligu.

Te wspaniałe maszyny

Muzeum Techniki w PKiN jest aktualnie w remoncie, ale można zobaczyć wystawę: „Perełki polskiej motoryzacji”. Chłopcy lubią auta, więc poszliśmy…

Tylko do  pięciu samochodów można wsiąść, co trochę nas rozczarowało…

Pierwszy samochód produkowany seryjnie w Polsce CWS T-1. Co prawda seria zamknęła się w liczbie kilkuset egzemplarzy, ale musiało minąć ćwierć wieku zanim zaczęto produkować następne samochody. To jest kopia prototypu z 1925 roku.

Do malucha można było wsiąść i na motocykl K-750 zwany w latach sześćdziesiątych „Kaśką”…

Te wystawę szybko obejrzeliśmy i poszliśmy do Sali Marmurowej… do GFS – Galerii Figur Stalowych, która do PKiN zawitała gościnnie z Pruszkowa.

Tam dopiero chłopcy sobie powsiadali do aut i pobawili się na całego!

Zmienialiśmy auta jak rękawiczki…

Fotografowaliśmy się indywidualnie i grupowo!

I długo nie mieliśmy tego dosyć… Tym bardziej, że kierownicą można kręcić, pedał gazu wcisnąć i jeszcze jakieś inne skrytki pootwierać.

Na wystawie jest ponad dziesięć różnych samochodów, kilka motocykli, żelazny tron jak w filmie „Gra o tron” i figury bohaterów filmowych.

No kto by nie chciał posiedzieć na żelaznym tronie, tym bardziej, że ten w przeciwieństwie do opisanego w powieści R.R. Martina, nie kaleczy.

Maks wczuł się w klimat Gwiezdnych Wojen…

Były też stalowe  minionki.

I też takie postacie, których nie znamy.

Bardzo polecam tę wystawę miłośnikom stalowych maszyn!

Z Pałacu poszliśmy do ZOO. Chłopcy byli już trochę zmęczeni…

Igor bezbłędnie nazywał widziane zwierzęta.

Popatrzyliśmy sobie z ławeczki na lemury katta…

Większość uwagi poświęciliśmy rodzinie nosorożców. Patrzyliśmy jak samica nie odstępuje nawet na krok swojego małego oseska, i na samca, który urządził sobie SPA  w błocie…

Zamek w Ogrodzieńcu

W sobotę 5 maja postanowiliśmy wracać z „Wesołej Krainy” przez Ogrodzieniec i zobaczyć ten zamek, który jest na Szlaku Orlich Gniazd. Po drodze  zobaczyliśmy drogowskaz na Pustynię Błędowską, o której uczyliśmy się na lekcjach geografii w szkole podstawowej, nic więc dziwnego, że skręciliśmy koło Kluczy, aby dojechać na punkt widokowy Czubatka.

Z punktu widokowego widać Hutę Katowice.

 

W Ogrodzieńcu pojechaliśmy na Podzamcze i zaparkowaliśmy na podwórku jakiegoś domostwa.

Zamek w Ogrodzieńcu prezentuje się wspaniale i jest wręcz wbudowany w wapienne skały. Na wyślizganych schodach wykutych w  wapiennej skale łatwo można było się poślizgnąć, dlatego bardzo uważaliśmy na trasie zwiedzania. Maks radził sobie całkiem nieźle, choć niektóre schody były trudne…

Zamek zwiedza się w jednym kierunku i właściwie nie można się wycofać i pójść „pod prąd”.

Z murów zamku widać piękne wapienne skały.

Po udanym zwiedzaniu zamku Maks zażyczył sobie kupienie plastikowej imitacji zbroi rycerskiej.

Weekend w Gdańsku

W sobotę 7 kwietnia pojechaliśmy do Gdańska. Na konferencji  w Sobieszewie zgłosiłam Maksa do projektu badawczego, który dotyczy zaburzeń lipidowych u osób z zespołem Downa. Razem z koleżanką wynajęłyśmy apartament w domku przy ulicy Dębowej 6, blisko GUM, gdzie w poniedziałek 9 kwietnia Maks i Adaś mieli mieć badania. Po przyjeździe zrobiłyśmy obiad, a potem poszliśmy na spacer ulicami Orzeszkowej, Aleją Zwycięstwa, Skłodowskiej, Dębinki i Dębowej. Przy Alei Zwycięstwa jest park z siłownią pod gołym niebem.

Pogoda nam sprzyjała, a chłopcy wypróbowali sprzęt do ćwiczeń.

Maks zrobił nam zdjęcie na ławeczce.

Zrobiliśmy wizję lokalną, żeby zobaczyć gdzie mamy się stawić na badania w poniedziałek.

Spacer bardzo nam się udał. Zrobiliśmy 5000 kroków. Maks po spacerze miał czas na relaks.

W niedzielę poszliśmy do kościoła Matki Boskiej Częstochowskiej na mszę dla przedszkolaków na 11:00 i spotkaliśmy koleżankę z Fundacji „Ja też”.

Po mszy postanowiliśmy zwiedzić ZOO w Oliwie. Taki sam pomysł miało kilkaset rodzin z Trójmiasta. Mimo dużego ruchu udało nam się szybko zaparkować samochód, nie musieliśmy stać w kolejce po bilety wejściowe do ogrodu i szybko kupiliśmy bilety na ciuchcię, którą zabraliśmy się, żeby  zwiedzić ZOO.

Dzięki takiemu zwiedzaniu dowiedzieliśmy się wiele ciekawostek o Ogrodzie Zoologicznym w Oliwie. Po godzinie jazdy ZOO nie miało przed nami tajemnic.

Fajne jest tak sobie zwiedzać ZOO…

Bardzo długo wyjeżdżaliśmy z parkingu – całą godzinę! Potem pojechaliśmy do Sopotu zobaczyć molo. Ludzi były tłumy. Ledwo znalazłyśmy miejsce do zaparkowania. Chłopcy już byli głodni, a wszędzie były kolejki. W końcu weszliśmy do restauracji i godzinę czekaliśmy na obiad.

Mimo że z tarasu restauracji mieliśmy widok na molo, to nie bardzo osłodziło nam to czas czekania na posiłek. Za to szybko zjedliśmy obiad i ruszyliśmy do domu.Nawet nie chciało się nam iść na molo…

W poniedziałek o 9.00 stawiliśmy się na oddziale pediatrycznym, na badania. Otworzyłam drzwi i uruchomił się alarm. Nasza doktór wyszła i powiedziała, że nie może nas przyjąć, bo jest ewakuacja oddziału.Na to ja jej powiedziałam, że to nasze wejście uruchomiło alarm. Wyłączenie alarmu zajęło ponad pięć minut a dźwięk był przenikliwy i okropnie głośny. Po naszym spektakularnym wejściu, kiedy lekarze wychodzili  ze swoich pokojów,  żeby nas zobaczyć i zapytać jak  ja  to zrobiłam?

Po badaniach poszliśmy na pizzę do restauracji „Włoska robota”. I tym samym skończył się nasz pobyt w Gdańsku.

 

Maks w łódce na Jeziorku Czerniakowskim

Poniedziałek powitał nas śliczną pogodą. Dobrze zapowiadała się nasza wyprawa nad Jeziorko Czerniakowskie. Wcześniejsze wyjście , które miało być na początku września z powodu ulewy zostało odwołane…
Klasa Maksa pojechała z III klasą gimnazjum. Dotarliśmy do Przystani Koła Wędkarskiego „Różanka”. Podzieliliśmy się na grupy, założyliśmy kapoki i wsiedliśmy do łodzi.
Na naszej łódce wiosłował Ratownik WOPRu.

Maks był zadowolony.

Najpierw ja zmieniłam przy wiosłach przeziębionego  ratownika, a potem Pani Kasia wiosłowała. Na jeziorku wszystkie łódki dopływały w jedno miejsce i pani ornitolog opowiadała dzieciom o ptakach żyjących w tym rezerwacie.

Dowiedzieliśmy się, że Jeziorko Czerniakowskie ma 6000 lat i jest częścią Starorzecza Wisły. Jest tu duże skupisko Grążela żółtego, który jest piękny i trujący.

Powoli zbliżał się koniec naszej niezwykłej lekcji przyrody. Wiosłowaliśmy do przystani…

Na koniec zrobiliśmy sobie super zdjęcie- cali i zdrowi, szczęśliwi, że znów jesteśmy razem!

Dowiedzieliśmy się, że tę wycieczkę zawdzięczamy projektowi Stowarzyszenia JA-Wisła i Koła „Różanka”, które złożyły taki pomysł do budżetu partycypacyjnego Dzielnicy Mokotów!

Poznajemy ptaki i ich zwyczaje z ornitologiem

Dzisiaj trzy klasy ze Szkoły Podstawowej nr 123 pojechały na wycieczkę do Parku „Arkadia”, żeby spotkać się z panią Gabrysią, ornitologiem, która opowiedziała nam o ptakach, które spotkaliśmy w parku.


Spacerując po parku spotkaliśmy Łyskę, Kaczki krzyżówki, Mewę Śmieszkę, Wronę, Gawrona, Tracza nurogęś.

Od dzika w Królikarni rozpoczęliśmy spacerek po parku i tu też skończyliśmy. dziękujemy Pani Gabrysi za lekcję o ptakach!

Imieniny Maksa

Maks świętuje 14 sierpnia, w tym samym dniu składamy także życzenia, z okazji rocznicy ślubu, Kasi i Maćkowi – najstarszemu bratu Maksa i jego żonie.

W tym roku poszliśmy z Maksem do kina na film „Gru, Dru i Minionki”. Maks był bardzo niepocieszony, kiedy wszyscy wchodzili na salę kinową z popcornem, a tylko my oboje nie mieliśmy tego zapychacza. Na szczęście temat popcornu zniknął wraz z pojawieniem się na ekranie reklam i zwiastunów nowych filmów. Film o Minionkach bardzo się spodobał Maksowi i głośno śmiał się w czasie seansu.

Po filmie zaciągnął mnie do Kinder Planety…

Było dość ciepło i Maks był już trochę zmęczony, więc bardziej interesowały go zabawy wymagające minimalnej ilości ruchu.

Wracając do domu postanowiliśmy wpaść do babci, więc przeszliśmy przez Lasek Bielański

Okazało się, że ktoś sobie zrobił leśny kącik relaksu…

Maks był lekko zdziwiony gdy zobaczył  sznurkową półkę na książki…

Aby dojść do leśnego kącika relaksu trzeba przejść przez specjalnie przygotowane bramy.

Doszliśmy do domu Babci, gdzie czekali na nas: Cora i Józio.

Za tydzien wracają do domu, więc Maks będzie spotykał się z nimi odwiedzając ich kanał na Youtube…

Rowy 2017

To był nasz dziewiąty pobyt w Rowach. Pogoda była zupełnie niezła choć nie najcieplejsza i dość wietrzna, ale tylko dwa razy padał deszcz. Maks cały rok  czeka na ten wyjazd nad morze, więc i my też nie szukamy innych miejsc. Ośrodek Albatros zafundował nam w 10 metrowym pokoiku wielki telewizor z kineskopem i oczywiście biurko pod niego, więc miejsca w pokoju zrobiło się jeszcze mniej… Łazienka w stylu wczesnego Gierka nadal nie doczekała się remontu, więc na sedesie trzeba siadać bokiem, bo inaczej kolana wciskają się w ścianę… Niby to już znany folklor tego trzeciego skrzydła Albatrosa, ale jakoś w tym roku bardzo nam to się dało we znaki. Cóż też się starzejemy…

Rowy się rozbudowują. Przed i za ośrodkiem Columbus budowane są nowe kilkupiętrowe domy wczasowe… Plaża po „remoncie”, który zaczął się dwa lata temu i polegał m.in. na wbiciu pali falochronu, a także usypaniu brzegu z piasku wydobytego z morza. Wiatr też nie próżnował, schody na plażę, które sięgały od podstawy przynajmniej do wysokości pierwszego piętra – zasypał górą piasku.

W tym roku tematem przewodnim turnusu było poznawanie różnych krajów, a co za tym idzie wyklejanie flagi kraju, który dzieci poznawały w danym dniu.

Zaczęliśmy od Polski…

Po wyklejeniu flagi zaczynały się zajęcia sportowe.

Bałtyk w tym roku powitał nas spokojną, zimna wodą, ale chętnych do kąpieli nie brakowało…

Maks w tym roku nie zanurzył się w morzu tylko brodził w wodzie przy brzegu.

Gokarty to ulubiona rozrywka Maksa w Rowach.

 

Zajęcia ruchowe wymagały od uczestników wykonywania różnych poleceń. Tym razem dzieci miały pozbierać szyszki. Jak widać nie wszystkim się chciało!

Na szczęście każdy znalazł to coś, czemu dał się porwać!

Na zajęciach po obiedzie dzieci pomalowały Tadż Mahal.

W czasie wolnym Maks zainteresował się klockami lego i razem z dziećmi starał się coś zbudować. Zrobiłam zdjęcie, ponieważ w domu mimo naszych wielu prób wspólnego budowania, klocki nadal leżą w pudelkach.

W Indiańskim Dniu zabawa z wodnymi balonami cieszyła sie dużym powodzeniem.

Ostatniego dnia bawiliśmy się w stare zabawy „chodzi lisek kolo drogi”, „gąski, gąski do domu”…

Na koniec turnusu każde dziecko miało szansę wystąpić w „Mam Talent” i zaprezentować wszystkim zebranym co przygotowało. Maks lubi paluszkową rodzinkę i w tej piosence się odnalazł.