18 urodziny Stasia

Staś obchodzi urodziny tego samego  dnia co mój brat Mateusz- 30.04, ale imprezę urodzinową zorganizował trochę później- 2 maja.

Spotkaliśmy się na Placu Narutowicza i czekaliśmy na tramwaj. Było to dość niezwykłe, bo zwykle spotykamy się na urodzinach w domach, albo w restauracjach, a tymczasem dołączyłem do Igi i Olka, którzy już czekali na przystanku.  O 19.30 przyjachał tramwaj, rozwinięto czerwony dywan i obsypano Stasia konfetti!

Wsiadłem i ja do tramwaju. W środku mocno się zdziwiłem, bo ten tramwaj był zupełnie inny niż te, którymi zdarza mi się wracać do domu…

Podałem Stasiowi torbę z prezentem, ale zapomniałem o życzeniach. Dobrze, że w domu zrobiliśmy kartkę  z życzeniami, to Staś w wolnej chwili będzie mógł ją przeczytać…

Usiedliśmy przy małych stolikach i czekaliśmy co dalej…

Mama zaproponowała, że zrobi mi zdjęcie pod balonami Stasia, bo za półtora miesiąca i ja skończę 18 lat. Nie kłóciłem się z mamą, stanąłem i oto jest zdjęcie. Nie moja 18-nastka, ale co tam, byle mama była zadowolona…

Mój stolik znajdował się tuż przy bufecie, więc wszyscy do mnie podchodzili.

Tramwaj ruszył i pojechaliśmy. Rodzice tańczyli i cieszyli się jak małe  dzieci. My po jakimś czasie też się oswoiliśmy z tym, że nasz wagon restauracyjny jest w ciągłym ruchu! Ale bezpieczniej czuliśmy się siedząc na miejscach mimo, że muzyka grała…

a za oknem robiło się co raz ciemniej. Dojechaliśmy na pętlę na Kawęczyńskiej i tam mieliśmy postój.

Uściskałem Stasia i Amelkę podziwiając nasze odbicie w szybie tramwaju.

Potem Staś zdmuchnął świeczki na torcie, a ja zmieniłem miejsce, żeby być blisko mojego najlepszego kolegi.

Wróciliśmy na Plac Narutowicza o 21.30

Na koniec zrobiliśmy sobie pamiątkowe zdjęcie przed naszym imprezowym tramwajem.

To była bardzo niecodzienna impreza i długo będziemy ją pamiętać.

Wracamy do domu

Rano 2 kwietnia pożegnaliśmy Albergo Sole…

Wstawiliśmy walizkę do autokaru i ruszyliśmy w powrotną drogę. Około 18 dojechaliśmy do Mikulova gdzie  w restauracji Zamecek zjedliśmy odbiadokolację.

Jak Czechy to oczywiście knedliki i gulasz.

O godzinie 3.00  w nocy byliśmy w Warszawie zmęczenie długą jazdą.

Zachwycające Lago di Garda

W sobotę grupa wycieczkowa podzieliła się na dwa obozy. Tych, którzy chcieli skorzystać z atrakcji w Parku rozrywki Gardaland i tych którzy chcieli pojechać do Malcesine. Właśnie w sobotę 1 kwietnia otworzono park rozrywki i parkingi szybko zapełniały się autokarami z młodzieżą.

My czekaliśmy na parkingu, aż wróci nasza przewodniczka kiedy już rozda bilety na atrakcje. Przy okazji zobaczyliśmy autobus, który przywozi chętnych do Gardalandu.

Nacieszyliśmy oczy słońcem i kwitnącymi krzewami…

I w końcu ruszyliśmy do Malcesine.

Z Gardalandu do Malcesine jest ponad 40 kilometrów, a droga prowadzi wzdłuż jeziora Garda. Widoki przy słonecznej pogodzie są zachwycające,  nawet zza szyby autokaru.

W Malcesine udaliśmy się na stację  kolejki górskiej , która zawiozła nas na szczyt Monte Baldo, który wznosi się na 1760m nad poziom morza

Na wysokości 562 metrów jest stacja przesiadkowa. Wsiadamy do drugiego wagonika, który wraz z pokonywaniem kolejnych metrów wysokości dodatkowo obraca się dookoła swojej osi i wszyscy podróżni, bez względu gdzie stoją w wagoniku mogą oglądać panoramę …

Wysiedliśmy z wagonika kolejki górskiej i pospacerowaliśmy po szczycie

To widok góry po przeciwnej stronnie niż jezioro Garda.

A tu widok na jezioro z góry.

Mina Maksa mówi wyraźnie , że jego ten widok nie rusza, więc postanowiłam znaleźć coś, co przypadnie mu bardziej do gustu.

Zamówiłam sernik i zastanawiałam się czy mi doliczą „coperto”(czyli opłatę za obsługę), ale nawet gdyby, czego się nie robi dla szczęścia dziecka…Po zjedzeniu ciastka wejście na górę  nie było już trudne.

I zobaczyliśmy też krokusy , które zakwitły w trawie.

Po godzinie zjechaliśmy do miasteczka, gdyż chcieliśmy popłynąć promem do Limone sul Garda.

 

 

Spacerkiem po Weronie

Werona to bardzo stare miasto, o czym świadczy Amfiteatr Arena, starszy od rzymskiego Coloseum. Nasza Pani Przewodnik  najpierw wsiadła do naszego  autokaru, żeby pokazać nam  dawne bramy miejskie, a dopiero potem wysiedliśmy i przeszliśmy się brzegiem Adygi do Ponte Nuovo, przez który przeszliśmy, żeby znaleźć dom Romea i Julii.

To niesamowite jaką siłę może mieć literatura. Dzięki tragedii „Romeo i Julia” napisanej w 1597  przez Schakespeare’a, której akcja rozgrywa się w Weronie, miasto jest nieustannie na szlaku wycieczek.

Zaczęliśmy od domu, w którym mógł mieszkać Romeo. Należy do zamożnej rodziny, która nie udostępnia go zwiedzającym dlatego można go podziwiać tylko z ulicy. Widać balkon, z którego ponoć Romeo opuszczał się, przechodził przez pobliski ogród na Piazza Indipendienza i stamtąd miał 4 minuty, aby dostać  się pod balkon Julii.

Nam trasa do domu Julii zajęła dużo więcej czasu, bo po drodze zatrzymywaliśmy się i podziwialiśmy okoliczne zabytki.

Tu stoimy pod grobowcami Rodu Scaligierich, którzy rządzili w Weronie w XIVw. Są przykładem architektury gotyckiej.

Dalej przeszliśmy pod pomnik Dantego na Piazza dei Signiori.

Na placu widzieliśmy wbite pomiędzy płyty chodnika metalowe pinezki, które wcześniej zwróciły naszą uwagę pod Operą w Mediolanie. Tym razem nasza przewodnik ,o nie zapytana, powiedziała,że określają granicę do której restauratorzy mogą wystawiać na plac swoje stoliki.

Wąska uliczka doprowadziła nas na Piazza delle Erbe- najstarszy  plac, na którym handlowano w Weronie. Teraz również można tu kupić pamiątki, ale my mieliśmy w planie odwiedzić dom Julii…. To tam

Przeszliśmy przez bramę na dziedziniec, gdzie stoi statuła Giulietty.

Jesteśmy poza sezonem, ale na dziedzińcu pod balkonem zwiedzających nie brakuje.

Dom Julii, który jest masowo odwiedzany przez turystów nie jest tak autentyczny, jak Amfiteatr, który liczy sobie 2000 lat, mimo to do posągu Giulietty ustawiają się kolejki i każdy kto chce mieć szczęście w miłości, ma położyć rękę na jej prawej piersi.

Maks zaimponował mi, chwytając Julię za prawą dłoń!

Kiedy już wszyscy zaspokoili potrzebę zapewnienia sobie szczęścia w miłości poszliśmy do antycznego teatru, z którego słynie, albo słynąć powinna – Werona.

Z Via Capello, gdzie znajduje się Casa di Giuletta, każda uliczka prostopadła prowadzi do Amfiteatru Arena. My szliśmy via Mazzini przy której znajduje się wiele eleganckich sklepów.

Wyszliśmy na Piazza Bra największy plac w Weronie.

Weszliśmy do środka.

Maks zachęca mnie, żebym się nie ociągała, a wiadomo co jest za tymi żelaznymi bramami?

Czy przez te otwory wypuszczano dzikie zwierzęta na arenę?

Byliśmy na scenie, czas wejść na widownię.

Na selfie zawsze jest krzywa mina.

W czasie wolnym wróciliśmy z Piazza Bra …


na Piazza delle Erbe, Po drodze mijali nas studenci, którzy tego dnia zdali swoje egzaminy i w laurowych wieńcach razem ze swoimi przyjaciółmi spieszyli się świętować.

Kiedy Maks zjadł pancakes, poprawił mu się nastrój .

Zobaczyliśmy fontannę na rynku i freski na domach

Stragany , gdzie kupiliśmy kubki z Werony do mojej domowej kolekcji, oraz fartuszek do kuchni. W końcu Maks usiadł bo zwolniły się miejsca przy La Tribuna

Miejsce to w przeszłości pełniło podwójną funkcję: z jednej strony było miejscem wyboru panów miasta, którzy musieli zaprzysiąc wierność ustawom miejskim, a z drugiej strony miejscem mierniczym, w którym można było sprawdzić miarę korzystając z przytwierdzonej do trybuny obręczy.

Tu też dowiedzieliśmy się, że jeśli zamawiamy jedzenie przy stoliku w restauracji to musimy liczyć się z tym , że na rachunku pojawi się dodatkowa pozycja „coperto”.

W przypadku naszych znajomych , którzy zjedli pizzę na Piazza delle Erbe ich coperto wynosiło 10 euro.

Wiadomo podróże kształcą, a jedzenie kosztuje.


Malcesine nad Jeziorem Garda

Kiedy już zjechaliśmy kolejką górską ze szczytu Monte Baldo poszliśmy na pomost, żeby kupić bilet na statek do położonej na przeciwko miejscowości Limone, która słynęła z uprawy cytryn…

W Malcesine są malownicze bardzo wąskie uliczki wybrukowane kamieniami…


Na każdym możliwym miejscu wystawione są stoliki, przy których można usiąść i coś zamówić. My jednak najpierw musieliśmy poczekać na statek.

Tym razem płynęliśmy promem i na odkrytym pokładzie mocno wiało. Zeszliśmy więc niżej na pokład zamknięty.

Jak widać był przeszklony i z niego również można było podziwiać Jezioro Garda.

Podróż nie trwała długo i naszym oczom ukazało się Limone, jakby przyklejone do masywu górskiego. Nie mogliśmy tam spędzić dużo czasu, bo wracaliśmy statkiem , który odpływał z Limone  godzinę później…

Mieliśmy mało czasu, a chcieliśmy kupić na pamiątkę dla taty Maksa Limoncello, likier z cytryn i to ten zabielany…

Wracając zobaczyłam, że Maks już ma „długą”minę, więc wstąpiliśmy do baru, gdzie sprzedawali pizzę na wagę i kupiłam Maksowi kawałek na polepszenie humoru.

Siedzieliśmy i czekaliśmy, żeby nie spóźnić się na nasz statek.

Na pokładzie statku, którym wracaliśmy nie było już tak zimno. Maks zajął się konsumpcją, a ja obserwacją chmur…

W Malcesine mieliśmy czas wolny i ruszyliśmy na odkrywanie uroków tego małego miasteczka. Zrobiliśmy zdjęcie mapy i upewniliśmy się, że damy radę się nie zgubić.

Spacer po uliczkach zaczęliśmy od portu , a potem poszliśmy w stronę zamku, którego urok opisywał swojej przyjaciółce Goethe i nie tylko opisał, ale również zrobił szkic, za który został zamknięty w więzieniu i potraktowany jako szpieg. Po latach jakby w rekompensacie za poniesione straty moralne jednej z ulic nadano nazwisko sławnego poety niemieckiego Via Goethe

Zeszliśmy w dół i znaleźliśmy się na samym brzegu jeziora.

Potem jeszcze niżej…na taras widokowy

I jeszcze niżej na sam brzeg.

To chyba najbardziej urocze miejsce w Malcesine…

I ciekawe, że obok siebie są różowe skały  i czarne…

Byliśmy sami, a nad nami górowały mury zamku Scaligierich.

Wróciliśmy na uliczki Malcesine.

Poczekaliśmy, aż zbiorą się wszyscy członkowie naszej wycieczki na placu przed ratuszem miejskim.

A potem wróciliśmy do San Zeno di Montagna.

Maks usiadł w oknie i zjadł pomarańczę kupioną w  Limone.

Do Werony… przez Jezioro Garda.

Mieszkaliśmy w uroczej miejscowości San Zeno di Montagna, w odległości około 10 km jak podaje mapa, od miejscowości Garda, choć wydaje mi się, że na drodze widziałam kierunkowskaz   z podaną liczbą 12km. W każdym razie nasz hotel nazywał się  tak jak powinien po włosku, czyli albergo- Albergo Sole. Z naszego pokoju(320) na trzecim piętrze mieliśmy widok na Jezioro Garda. Śniadania były zupełnie inne niż w hotelu Il Cervo, ( w którym spędziliśmy pierwszą noc) nic więc dziwnego, że przez pięć dni, które tam spędziliśmy mijaliśmy się z grupami niemieckich turystów, którzy tak jak my lubili zjeść porządne śniadanie.
Hotel kupił w 1955 Andrea Bonetti, który wraz z żoną Andreiną i odrestaurował go. Na początku mieścił się tu też sklep mięsny, ale w tamtych latach wielu pamięta go jako pierwszy punkt , w którym był publiczny telefon, o czym nadal świadczy 1 -ka, ostatnia cyfra w numerze telefonu.

To był już piątek i tego dnia mieliśmy zwiedzać Weronę, ale  pojechaliśmy do Werony niestandardowo. Zatrzymaliśmy się w Gardzie nad Jeziorem Garda.

Autokar wysadził nas przy murze Villa degli Albertini przy viale S.Carlo. Na przeciwko znajduje się pomost, z którego odpływają statki. Mieliśmy popłynąć do Desanzano i stamtąd pojechać autokarem do Werony. Liczyliśmy na niesamowite widoki , ale poranna mgła okryła Jezioro Garda  miękkim całunem i znacznie ograniczyła widoczność.

Przy deptaku rozkładały się stragany z torebkami, ubraniami…

Za Maksem widać punk widokowy La Rocca.

Czekając na statek podeszliśmy pod hotele La Vittoria i Tre Corone.

Zdążyliśmy też posiedzieć na ławce i kupić pamiątkową ściereczkę z mapą jeziora.

Wreszcie przypłynęła łódź i wsiedliśmy…powoli zostawiając miejscowość Garda za sobą.

Pierwszy przystanek mieliśmy w Sirmione i płynąc z Gardy mogliśmy zobaczyć ze statku Groty Catullusa…

oraz molo, na którym robiliśmy sobie zdjęcia trzy dni wcześniej.

Nie wysiadaliśmy w Sirmione tylko płynęliśmy dalej do Desanzano, gdzie pożegnaliśmy nasz statek San Marco.

A w Desanzano na klombiku zobaczyliśmy pierwsze dekoracje wielkanocne.

Za rondem, z okazałą palmą na środku, stał nasz autokar, to znak, że ruszamy do Werony.

W Weronie czekała na nas pani przewodnik. Żeby dojść do zabytkowego centrum musieliśmy dojść do mostu i przejść po nim  przez rzekę Adygę.

Idąc wzdłuż rzeki patrzyliśmy na drugi brzeg, gdzie mogliśmy podziwiać bryłę kościoła Świętej Anastazji.

Jak Mediolan to…

…Opera La Scala, Galeria Emanuela II i Katedra Duomo. Napisałam to w tej kolejności, w jakiej zwiedzaliśmy, bo dla mnie oczywiście nic nie przebije piękna mediolańskiej katedry.

Idąc od  autokaru minęliśmy Pomnik Giuseppe Garibaldiego na koniu a za nim zamek Sforców- Castello Sforzesco.

Na Largo Cairoli Maks pomógł pani przewodniczce  nieść chorągiewkę, za którą podążaliśmy ulicami Mediolanu.

Ulicą Dantego zbliżaliśmy się do piazza Cordusio

By w końcu znaleźć się przed pomnikiem Leonarda da Vinci na Piazza della Scala.

Z placu mięliśmy widok na operę i tu też dołączyła do nas pani przewodnik z Mediolanu.

Stojąc twarzą do budynku opery za plecami, po lewej stronie, mieliśmy wejście do Galerii Vittorio Emanuella.

Zwiedzanie zaczęliśmy od gmachu   Opery la Scalla.

We foyer widzieliśmy popiersie Toscaniniego

I przysłuchiwaliśmy się próbie kwartetu smyczkowego.

Pozwolono nam wejść do loży i popatrzeć na scenę Teatru della Scala, ale zakazano robić zdjęcia. W loży było ciemno, ale na scenie też trwała jakaś próba.
Następnie przeszliśmy do muzeum, gdzie zgromadzono portrety sławnych kompozytorów,odlewy dłoni pianistów m.in Chopina…

Trzeba przyznać, że patrząc na odlew dłoni Chopina sama narzucała się myśl, że tak delikatne dłonie musiały pięknie grać na fortepianie.

Na koniec doszliśmy do sali , gdzie na monitorze wyświetlano fragmenty różnych oper granych w Teatrze della Scala.

Przed operą postarałam się o zdjęcie pokazujące podcienie pod które podjeżdżały powozy pod operę (tak jak na tym obrazie z muzeum).

Przeszliśmy jeszcze raz przed Pomnikiem Leonarda da Vinci i weszliśmy do Galerii Vittorio Emanuella II.

Galerię tę budowano 12 lat i trzeba przyznać, że robi wrażenie.

Na herbie Turynu trzeba pokręcić się na pięcie trzy razy, żeby mieć szczęście i wrócić do Mediolanu…

My z Maksem nie zdołaliśmy tego zrobić, bo chętnych było zdecydowanie zbyt wielu.

Z galerii wyszliśmy na plac katedralny Piazza del Duomo


I stanęliśmy przed katedrą, którą budowano prawie 600 lat.
Katedra pod wezwaniem Narodzin Najświętszej Marii w Mediolanie wykonana z różowego marmuru. Jest ogromna, pod względem wielkości piąta na  świecie i można wejść na dach katedry i podziwiać z bliska rzeźbione podpory, iglice i Mediolan …

I w końcu weszliśmy na dach.

I mogliśmy popatrzeć na Mediolan z góry.

Katedra jest poddawana stałym pracom konserwacyjnym , podczas, których czyści się marmur, żeby ciągle był różowy, dlatego wokół świątyni stale są jakieś rusztowania.


Zeszliśmy po schodach i weszliśmy do wnętrza katedry.

Krótki wypad do Mantui

Do  Mantui wpadliśmy jak po ogień. Było już blisko zachodu słońca i na pewno warto tam spędzić więcej czasu, ale jak nie można tam być dłużej, warto wpaść choćby na godzinę. Zaczęliśmy od via  San Giorgio. Oczywiście od razu zauważyliśmy monumentalny Zamek św. Jerzego, ale zaciekawiła nas stela, z napisem”si immolarono perché altri vivessero”. poświęconą saperom, którzy poświęcili się, alby inni mogli żyć, a my zobaczyć  zabytki Mantui.

Zamek imponuje rozmiarem, jest częścią pałacu książęcego Palazzo Duccale. Zbudowany został na ruinach kościoła Sana Maria di Capo di Bove na zlecenie Franciszka I Gonzagi. Po przebudowie przez architekta – Luca Fancelli w 1459 roku stracił swój charakter obronny, a stał się rezydencją Izabelli d’Este, żony Franciszka II Gonzagi, która gościłą na  nim wielu sławnych ludzi renesansu, a przez to Mantua stała się jednym z głównych dworów w Europie.

Idąc dalej przez Piazza Sordello stanęliśmy pod domem Rigoletta.

Dalej przeszliśmy obok Katedry pod wezwaniem Św. Piotra.


Maks plecami odwrócony jest do Palazzo del Capitano.
Na jednym placu Piazza Sordello tyle zabytków.

Minęliśmy hotel Dei Gonzaga, który nosi nazwisko rodu, któremu Mantua zawdzięcza swoją świetność.

Via Brolello doszliśmy na Piazza delle Erbe, gdzie podziwialiśmy Palazzo della Regione

i stojącą obok Rotundę Św. Wawrzyńca.

Na sąsiadującym placu – Piazza Andrea Mantegna -stanęliśmy pod Bazyliką Św. Andrzeja. Niestety była zamknięta, a jej piękno  niedostępne dla naszych oczu. W każdym razie to czego nie zobaczyło się na żywo, można zawsze zobaczyć na zdjęciach w internecie po przyjeździe…albo wybrać się jeszcze raz w dogodniejszym czasie.

I właśnie pod bazyliką, nasza pani przewodnik uznała, że to wszystko co zdołamy zobaczyć w zarezerwowanym czasie i ogłosiła odwrót do autokaru, pozostawiając nas z dominującym uczuciem, że jeszcze wiele piękna Mantui pozostało dla nas do odkrycia w innym terminie.

Parma … coś dla ducha i dla ciała

Zwiedzanie Parmy zaczęliśmy od Pałacu Pilotta , ogromnego kompleksu architektonicznego otoczonego placami zieleni.

Przeszliśmy przez plac,

żeby dojść do Piazza Duomo, gdzie znajduje się Katedra i Baptysterium.

Spóźniliśmy się na zarezerwowany dla nas czas zwiedzania Baptysterium, więc zamiast kwadransa, dostaliśmy pięć minut.
Dla Maksa to wystarczyło.

Baptysterium  było kiedyś  jedynym kościołem w mieście, gdzie udzielano sakramentu chrztu. W Parmie ma kształt oktagonalny i zbudowane jest marmuru na Piazza Duomo tuż  obok katedry .

Na środku wielobocznej świątyni jest oczywiście chrzcielnica.

Freski na ścianach opowiadają różne historie z biblii podobnie jak te na kopule…

Baptysterium zachwyca swoimi malowidłami i to jest te 5 minut dla duszy…

Następnie szukając Enoteki Ombre Rosse bładziliśmy z przewodniczką po uliczkach Parmy. Najpierw dotarliśmy do restauracji Ombre Rosse przy ulicy Borgo Tommasini  i okazało się, że to jednak nie tam mamy zamówioną degustację…


Powyżej naszych głów rozpościerały się połacie  luster . To dosyć charakterystyczne dla tej ulicy. Na innych zdjęciach w sieci można zobaczyć poprzednią instalację z kolorowymi abażurami.

Można by powiedzieć… tam i z powrotem.

Wreszcie dotarliśmy do Enoteki.

Jak widać degustacja bardziej przypadła do gustu Maksowi, niż podziwianie fresków w Baptysterium.

Z Enoteki wróciliśmy przez największy plac w Parmie – Piazza Garibaldii.

Widok na Ratusz- Palazzo del Comune.

Jak Modena to….

…ocet balsamiczny- dla miłośników sałatek, Ferrari- dla miłośników szybkich i ekskluzywnych aut, Pavarotti – dla miłośników opery, a dla Maksa?

… moda, bo na głównym placu wszyscy patrzyli na katedrę, a on na witrynę sklepu z garniturami.

A na katedrę watro było popatrzeć, bo przewodnik opowiadała jak czytać kamienne opowieści na frontonie kościoła, a oprócz tego przed wejściem stali Carabinieri w strojach galowych.

Do Modeny wchodziliśmy przez  via Emilia, pod tą ulicą jest droga pamiętająca czasy rzymskie. Zaczęliśmy od Piazza San Agostino, przy którym stoi Palazzo dei Musei i kościół Św Augustyna.


Doszliśmy do kościoła Chiesa della Madonna del Voto i skręciliśmy w Corso Duomo



i doszliśmy przed katedrę

W katedrze odbywała się  uroczysta msza. Przed wejściem stali carabinieri w galowych mundurach. Przeszliśmy na Piazza Grande, żeby zobaczyć katedrę w całej okazałości.


Przy Piazza Grande znajduje się również Palazzo Comunale, gdzie ma siedzibę  ratusz miejski. Przed ratuszem jest płyta kamienne zwana Pietra-Ringadora, gdzie odbywały się sady nad obywatelami, którzy nie przestrzegali prawa.

Na frontonie Ratusza znajduje się statuła Bellisimy, pięknej kobiety. Nasza przewodnik mówiła, że pilnowała ona miar sprzedawanych towarów.


Następnie poszliśmy zobaczyć pomnik Pavarottiego pod teatrem jego imienia na Corso Canalgrande

 
Doszliśmy do Piazza Roma gdzie podziwialiśmy Palazzo Duccale, w którym obecnie mieści się prestiżowa Akademia Wojskowa.

Wracając na Via Emilia zobaczyliśmy piękne pomalowane sklepienia nad łukami na Piazza Mazzini.

Ostatnie spojrzenie na kościół Św. Jana Chrzciciela .


Pożegnaliśmy się z Modeną i pojechaliśmy do Parmy.