Jestem ojcem Downa

Maks skończył już dawno temu „półokrągłe” pięć lat. Ale to nie ta „półokrągła”, ani żadna inna rocznica popchnęła mnie ku klawiaturze.  Pomimo, że czas płynie nieubłaganie, Maks zawsze będzie widział świat oczami dziecka i przekonuję się, że nie jest to najgorszy punkt widzenia. Do pisania o ojcostwie Downa popycha mnie siła, która jest wypadkową wielu oddziaływań. A jak to często w życiu bywa, decydującym impulsem okazało się z pozoru błahe wydarzenie. Gdy o pogańskiej godzinie 5:30 odprowadzaliśmy kiedyś Maksa na wyjazd nad morze, wokół autokaru stała już spora grupa dzieciaków z rodzicami. Właściwie powinienem napisać „dzieci i młodzieży”, ale nawet dwudziestokilkulatki z zespołem Downa są i pozostaną dla mnie zawsze „dzieciakami”. Otóż, ku mojemu zaskoczeniu (pamiętajmy która była godzina), do Maksa wystartowała dwudziestoletnia Ewa i, po „grabuli” z naszym synem, serdecznie się z nami – rodzicami – przywitała.

 

Tego dnia dotarło do mnie, że zespół Downa się z nami oswoił. Zespół potraktował nas zupełnie naturalnie – jesteśmy więc „klubowymi zespołowiczami” i nieodwołalnie należymy do tego świata, który choć inny niż dotychczas poznany, też jest światem. Światem z pełnią praw sobie należnych, światem wymagającym poznania, zbadania, wejścia w swoją rzeczywistość na całego. Zespół Downa już się z nami – rodzicami Maksa – zbratał (właściwie „zsynowił”), ale my nadal wymagamy procesu stopniowego oswajania się z zespołem… Stąd bierze się ten tekst, który pewnie gdy będę go czytał za jakiś czas, okaże się nieaktualny, gdyż oswajanie postępuje w czasie.

1 myśl w temacie “Jestem ojcem Downa

  1. Wspaniały tekst, z taką kartą klubowicza można robić wiele pięknych rzeczy, takich jak np. ten blog. Gratulacje!!!!

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.