Archiwum kategorii: wyjazdy

Zwiedzamy Lund i Malmö

Wcześnie rano opuściliśmy prom w Karlskrone i autokar zawiózł nas do Lund. Jest to najstarsze miasto w Szwecji, którego powstanie  archeolodzy datują na 990 rok, kiedy to Skania była częścią Danii. Jest tam katedra pamiętająca czasy, kiedy w 1103 była kościołem katolickim. Koronowano w niej królów Danii aż do  1658, kiedy to Dania przekazała miasto Szwecji na mocy traktatu Roskilde .

W katedrze jest zegar astronomiczny, w  którym o 12.00 i 15.00 poruszają się figurki Dzieciątka Jezus i Trzech Króli i towarzyszy temu muzyka. Byliśmy w katedrze o 12.00 i zaraz jak tylko umilkły dzwięki muzyki musieliśmy ją opuścić, gdyż zaczynało się nabożeństwo…

Z katedry udaliśmy się do jednego z gmachów Uniwersytetu, żeby poszukać toalet. Okazuje się, że toalety tu są unikalne i każda ma swoją nazwę…

Jak dowiedziałam się z jednego żródła na fb, w 2020 roku powstały te nowe toalety, które w Szwecji są koedukacyjne i dostały swoje nazwy, od różnych wydziałów , żeby wizyta w toalecie była bardziej interesująca… Na pewno wzbudziła moją ciekawość!

W drodze z toalet zobaczyczliśmy galerię odcisków nosów…

Zaraz za budynkiem uniwersyteckim znajduje się skansen Kulturen, w którym można zobaczyć jak żyło się w Skanii.

Z mapką sytuacyjną w ręku wybraliśmy się na zwiedzanie, żeby przyjrzeć się im z bliska.


Nie będziemy Was zanudzać pokazywaniem każdej zagrody czy domu. Ostatnie zdjęcie to dom biskupa Jana Henryka Thomandera.

i jego żony.


Tu Maks wchodzi do ich ogrodu.

A poniżej przedstawione są charakterystyczne domy z Helsingborgu i Halmstad.


Na koniec zjedliśmy cynamonki w kawiarni , która mieści się w budynku nr 31.

Z Lund pojechaliśmy dalej do Malmö

Wycieczka do Skandynawii

Po majowym weekendzie pojechaliśmy do Gdyni, gdzie zwiedzaliśmy dwa obiekty :

Statek Muzeum  „Dar Pomorza” i Muzeum Emigracji.

Statek szkoleniowy „Dar Pomorza”  odbył pod polską banderą 102 rejsy. Ostatni we wrześniu 1981 r. do Kotki w Finlandii.

Kiedy byliśmy w ubiegłym roku w Gdyni zwiedzaliśmy Statek- Muzeum” Błyskawica”, który jest zacumowany tuż przed „Darem Pomorza”.

Natomiast moja mama zwiedzała poprzedni Okręt Muzeum „Burza”, który stał w tym porcie i  był udostępniony do zwiedzania od 1960 do 1976.


Można powiedzieć, że w zwiedzaniu statków jesteśmy rodzinnie zaangażowani.

Po zwiedzeniu statku poszliśmy na obiad do Tawerny, ale nie tej w porcie, tylko tej w parku, a po drodze minęliśmy restaurację Bollywood.

Zanim podjechaliśmy do Muzeum Emigracji zobaczyliśmy łódź podwodną „Sokół”.

Taki okręt podwodny robi wrażenie, a gdybyście chcieli go zwiedzić to też jest taka możliwość.

Muzeum Emigracji utworzono w budynku Dworca Morskiego, który przez lata służył obsłudze ruchu emigracyjnego.

Muzeum jest interaktywne. Wiele eksponatów można doknąć i  wiele historii odsłuchać …

W zainscenizowanym wnętrzu samolotu można sobie posiedzieć i popatrzeć przez okno.

Ruszyliśmy do portu, żeby wsiąść na prom Stena Line. W Gdyni autokary razem z pasażerami wyjeżdżają na prom, pasażerowie piesi i rowerowi są transportowani autobusem między terminalem w Gdyni i promami . Potem z poziomu 5 windą wjeżdża się na poziom 7 lub 8 gdzie zlokalizowane są kajuty.

W kabinie jest łazienka z prysznicem i gniazdka, do których można podłaczyć ładowarkę lub czajniczek do zagotowania wody na herbatę.
Można też wypić herbatę na 7 poziomie w barza na przeciwko sklepu bezcłowego.

W cenie biletu jest śniadanie, natomiast kolację trzeba zafundować sobie samodzielnie. Byliśmy bardzo ciekawi jak podróżuje się promem. Może było spokojne i gładkie jak stół a jednak nie mogliśmy zasnąć mimo, że było grubo po północy…

Na promie lepiej wyłączyć przesył danych, żeby nie naliczyło nam polączeń przez satelitę. Może można wykupić dostęp do internetu, ale tani to on nie jest.

 

 

Powrót przez Telcz

Czwarty dzień wycieczki – wracamy do domu. Niby z Czech nie jest daleko, ale wycieczka autokarowa rządzi się swoimi prawami i postoje na toalety zajmują sporo czasu.

Pierwszy przystanek był w Telczu. Zatrzymaliśmy się na parkingu, przy stacji Orlen, niestety toalety były zamknięte i nikt nie chciał nam ich otworzyć, w końcu w niedzielę może w Czechach nie korzysta się z toalet publicznych! Na stacji Orlen, jest jedna toaleta, ale nas było pół setki. Podobnie jak turyści z drugiego autokaru, poszliśmy na miasto szukać kawiarni albo restauracji i połączyć wypicie herbaty z wizytą w toalecie. Taka proza życia…

Pisząc te wspomnienia odwiedziłam blog , który uzupełnił moje skromne wiadomości  o tym mieście. Od naszej przewodniczki wiedziałam, że miasto zawdzięcza swoją świetność  Zachariaszowi z Hradca, który był miłośnikiem włoskiego renesansu. Przebudował swój zamek sprowadzając z Włoch architekta Baldassare Maggi z Arogno. Okazuje się, że Baldassare Maggi przeniósł się do Czech w 1575 roku i rozpoczął pracę dla potężnego rodu Rosenbergów (Rožmberk) i panów z Hradca. Odegrał kluczową rolę w przekształceniu średniowiecznych zamków w renesansowe rezydencje, zwłaszcza w Czeskim Krumlovie, Bechyně, Jindřichův Hradcu, Telczu i Hlubokej.

Pierwotnie miasto nosiło nazwę Telec (pol. cielec = młody byczek), z czasem nazwę  przekształcono na Teleč i była to  forma męskoosobową. W aktualnej wersji nazwa „Telč” jest w języku czeskim rodzaju żeńskiego. Po obu stronach miasta znajdują się stawy.

Wchodzimy przez Dolną Bramę. Wejście na rynek jest wąskie. W tej części rynku ulokowana była władza świecka i kościelna, a dalej – gdzie rynek się rozszerza – mieszkali mieszczanie.

Telcz przywitał nas deszczykiem, a może tak nas żegnały Czechy? W każdym razie pogoda nie zachęcała do zwiedzania. Kolorowe kamieniczki Telcza kontrastowały z szarością nieba.

Rozglądaliśmy się i wybieraliśmy najładniejszą kamieniczkę. Wybór był trudny.

Niektórzy uważają, że to jest najładniejsza kamienica w Telczu.

Mi najbardziej podobała się ta szara w środku. Ma numer 61 i jest ozdobiona sgraffito. Graffiare po włosku  oznacza “drapać, zarysować”. Technika ta polega na nakładaniu na glinę co najmniej dwóch warstw różnokolorowej angoby lub szkliwa, a następnie zeskrobywaniu fragmentów warstwy wierzchniej, aby odsłonić kolor warstwy pod spodem, kiedy jeszcze się nie utwardziła. Poprzez odsłanianie warstw wcześniej nałożonych powstaje dwubarwny wzór. Na tej kamienicy przedstawieni są wodzowie Starego Testamentu.

Platany przycinane są tak jak we Włoszech. Na rynku stoi Kolumna Maryjna a przed nią Fontanna ze św. Małgorzatą. Na innych zdjęciach nie widziałam tych miedzianych zabezpieczeń. Widać sezon fontann jeszcze się nie rozpoczął…

W Telczu można nie obawiać się deszczu i spacerować pod arkadami kamienic. Chciałam kupić kubek do mojej kolekcji. Niestety pan w sklepie przyjmował tylko gotówkę.
Na koniec odwiedziliśmy Restaurację Szwejk (Švejk) i kupiliśmy sobie herbatę.


Tak więc ostatniego dnia wycieczki Maks spotkał Dobrego Wojaka Szwejka i stuknął się z nim kubkiem herbaty.


Trzeci dzień w Czechach

Tego dnia pojechaliśmy do Lipna, żeby pospacerować ścieżką w koronach drzew. To wyjątkowa w całym kraju i pierwsza tego typu trasa w Czechach. Otworzona dla gości 10 lipca 2012 r. Chodnik jest subtelnie wkomponowany w krajobraz wokół zbiornika wodnego w Lipnie.

Do ścieżki można dojść pieszo, albo dojechać autobusem, który dowozi turystów do celu z tego miejsca. Autobusy jeżdżą co godzinę.


Mieliśmy godzinę czasu na spacer i to okazało się wystarczające.


No to w drogę!

Od głównej ścieżki odchodzą miejscami boczne odgałęzienia z różnymi atrakcjami. Tu przejście po ruchomych  płytach.

Informacje o ptakach mieszkających w pobliżu, a także ich makiety gniazd z jajkami.

Fajna trasa, po której można przejechać się z dzieckiem w wózku.

No i w końcu szczyt, na który wchodzi się po kilku schodach, jedynych na całej ścieżce. Zdjęcie zrobiła nam  pani Kasia  Przewodniczka Sudecka.

Odważne osoby mogą zjechać stalową rurą w dół i tak zrobiła moja koleżanka – Karolina. Pozostali uczestnicy zeszli tą samą trasą, którą wchodzili.

Dalszą część dnia spędziliśmy w  Czeskim Kremlowie, gdzie jest drugi co do wielkości zamek w Czechach.

Miasto leży nad brzegami wijącej się w tym miejscu Wełtawy. Powstało wokół XIII wiecznego zamku. Zbudowany na nadbrzeżnej skale zamek służył ochronie brodu przez rzekę. Český Krumlov stanowi przykład małego, średniowiecznego miasteczka Europy Środkowej, które rozwijało się bez zakłóceń przez pięć wieków, zachowując w ten sposób nienaruszone dziedzictwo architektoniczne. W 1992 roku zabytkowe centrum miasta zostało wpisane na listę światowego dziedzictwa UNESCO.

Zaczęliśmy zwiedzanie od tarasu widokowego w górnej części zamku.

Za mną widać już jedno piętro Mostu Płaszczowego, jest to konstrukcja , która powstawała przez wieki i obecny kształt ma od 1777 roku

Idąc dalej ulicą dochodzimy do tarasu widokowego, z którego jest piękny widok na położone u stóp miasto.

Dalszą część Mostu Płaszczowego widać po lewej stronie zdjęcia. Jest to ta  biało szara ściana z oknami, wsparta na kamiennych arkadach. Most budowano w kilku etapach w latach 1686, 1707, 1748 i 1765. Wysokie filary, podtrzymują cztery piętra konstrukcji. Jest wysoki tak jak budowle, które łączy…

W dole widać Wełtawę  płynącą przez miasto.

W sezonie można na tarasie usiąść pod tą pergolą i napić się piwa.

Wchodzimy na most, przez małe łuki widać panoramę miasta.

Dalej łuki się powiększają i na drodze do zamkowego dziedzińca witają nas na  otwartej balustradzie mostu barokowe rzeźby: świętego Antoniego Padewskiego, św. Feliksa z Kantalicjo, św. Wacława, oraz św. Jana Nepomucena.
Ciekawy jestem czy rozpoznacie, która rzeźba przedstawia św. Feliksa?



Jesteśmy na IV dziedzińcu zamkowym.

Przechodzimy pod arkadami do III dziedzińca zamkowego.


Dalej idąc wchodzimy na dziedziniec II

Na drugim dziedzińcu znajduje się wejście do Muzeum Zamkowego



Kompleks zamkowy jest wielki. Obejmuje 46 budynków, wśród których znajduje się górny zamek połączony mostem płaszczowym z dolnym zamkiem, 12 ha ogrodów zamkowych, muzeum zamkowe, jak również pięć dziedzińców i fosa niedźwiedzia.
Fosa z niedźwiedziami to temat, który od lat wywołuje dyskusje.

My opuszczając zamek nie widzieliśmy niedźwiedzi, chociaż wypatrywaliśmy ich w fosie.

Fosa jest właśnie za widocznym na zdjęciu ogrodzeniem.

A więc dotarliśmy na I dziedziniec zamkowy i widać już bramę, przez którą wychodzi się z zamku.

I tak żegnamy się z zamkiem . Za bramą natrafiliśmy na sklep z piernikami i innymi  regionalnymi przysmakami.


Siedzę i czekam kiedy mama skończy  robić zakupy.

Poszliśmy zwiedzać miasto uważnie szukając dzbanka, o którym śpiewała Helena Vondráčková

Uliczki miasta są bardzo malownicze, dzięki ciekawie zdobionym kamienicom.

Mamy malowany dzbanek!

I dochodzimy do mostu nad Wełtawą, z którego widać potężną bryłę zamku.

Fajnie wygląda wysepka na rzece…

i kamieniczki po drugiej stronie mostu.

Idziemy na rynek. Tam mamy aż dwie godziny dla siebie. To rzadkość na naszych wycieczkach, więc nie wiadomo co robić, jeść raczej nie, bo za dwie godziny idziemy na obiad… zwiedzać? Ja raczej bym posiedział… ale mama jest napalona na zwiedzanie.

Stoję przed ratuszem miejskim, który powstał w 1597 roku z połączenia trzech kamieniczek na placu Náměstí Svornosti. Dość skromną fasadę zdobi kilka herbów, m.in. Rosenbergów i Schwarzenbergów, a także herb miasta. Obecnie w budynku mieści się urząd miejski i muzeum tortur, do którego chcieli pójść rodzice. Jednak moi koledzy byli zainteresowani Muzeum Figur Woskowych… Zanim jednak coś zdecydowano, siedzieliśmy pod Kolumną Maryjną z 1716 r., którą postawiono w podzięce za ustąpienie zarazy.

Przenieśliśmy się na taras restauracji Lumier, żeby posiedzieć i napić się coli.

Po prawej stronie widać dekoracje wielkanocne zawieszone na całej uliczce.

Zamówiliśmy na deser makową szyszkę.

Mama nie wytrzymała i poszła z moimi kolegami do Muzeum Figur Woskowych, a ja siedziałem z ich rodzicami i cieszyłem się „dolce far niente”. O dziwo moja mama, która lubi Włochy i uczy się włoskiego zupełnie nie umie korzystać z tej zasady!


Dwie godziny minęły i poszliśmy do gospody na obiad.


Oczywiście było piwo. Mój uśmiech niech Was nie zmyli. Wolę sok, ale być w Czechach i nie mieć zdjęcia z kuflem piwa, to mojej mamie nie mieści się w głowie.


No i deser! Ciasteczko miś, żebyśmy nie zapomnieli, że misie są w fosie całkiem niedaleko.

Było miło , ale czas wracać. Jest już wieczór, więc zobaczymy oświetlone ulice i Most Płaszczowy.

Ahoj przygodo! Wracamy do domu. Wszyscy są i nikt się nie zgubił i nie wpadł do fosy.

 

Dzień drugi w Czechach

Po śniadaniu, na którym spotkaliśmy liczną wycieczkę turystów z Azji i trudno było znaleźć wolny stolik, pojechaliśmy do miejskiego browaru, żeby zobaczyć jak robi się piwo.

Nasza wycieczka podzieliła się na dwie grupy, żeby zwiedzić Browar Budvar

 


Czekałem więc na naszą kolej, gdyż zwiedzaliśmy jako druga grupa.
Przez chwilę poczułem się jak barman, który nalewa gościom piwo…

Ruszyliśmy do muzeum, w którym zaprezentowano 700-letnią historię warzenia piwa.

W 1265 Ottokar II założył miasto České Budějovice i nadał mu przywilej warzenia piwa.

Tak wyglądały Czeskie Budziejowice w Średniowieczu.

W 1895 Republika Czeska pozostawała częścią Austro-Węgier. Czeskie Budziejowice z niemieckiego nazywane były „Budweis”, a lokalne piwo — Budweis-er . Czescy browarnicy nie byli zadowoleni z pracy w zarządzanym przez obcych browarze i dlatego utworzyli spółkę (Český akciový pivovar) i rozpoczęli produkcję Budweisera z wysokiej jakości lokalnych składników, przy użyciu najnowszych technologii, dokładnie w tym samym miejscu, gdzie znajduje się obecnie.


Jak tylko pojawiły się samochody piwo transportowano w beczkach.


Z muzeum poszliśmy zobaczyć jak wygląda warzenie piwa w praktyce.

Imponująca jest ta ściana skrzynek z butelkami piwa za mną. Budvar w latach 2017-2018 ustanowił rekord produkcji piwa i eksportował blisko milion hektolitrów do 76 krajów .


Miedziane kotły w których warzy się piwo.

Kiedyś piwo leżakowało w takich wielkich, drewnianych beczkach, które myto ręcznie. Teraz jest w stalowych beczkach…

W tym też miejscu jest degustacja piwa.

Spróbowałem, bo mama prosiła do zdjęcia, ale chyba to nie moja bajka…
Potem zobaczyliśmy jak piwo jest butelkowane.

I tak zakończyła się nasza wizyta w browarze.
Z browaru podjechaliśmy na rynek w Budziejowicach, żeby zobaczyć miasto, w którym nocujemy. Plan wycieczek jest tak napięty, że nie zawsze jest to w planie.

Idę sobie przez ulice, myślę czym tu się zachwycę i proszę – donica z drzewkiem oliwnym już na zewnątrz.

Idę dalej przez aleje – z czego dzisiaj się pośmieję?


Rynek w Czeskich Budziejowicach jest  kwadratowy i ogromny, prawie hektar powierzchni! Za mną widok na ratusz i akurat grali kuranty… Na rynku jest Fontanna Samsona


Byliśmy w tygodniu przed wielkanocą, więc na rynku były rozstawione stragany gdzie można było kupić ciastka, miody i oczywiście piwo. Czesi w poniedziałek wielkanocny nie polewają się wodą tylko smagają dziewczyny witkami ze wstążkami po łydkach…Takie witki też można było kupić. My kupiliśmy ciasto , które wyglądało jak pizza i nazywało się frgal.

Po półgodzinnym spacerku po rynku wsiedliśmy w autokar i pojechaliśmy do Hluboki nad Wełtawą. W Hluboká nad Vltavou jest zamek, który nazywany jest Czeskim Windsorem.


Otóż właściciele tego zamku przebudowali go i nadali mu taki neogotycki kształt po wizycie na koronacji królowej Wiktorii. Spodobał im się Windsor i zapragnęli mieć podobny dla siebie. Jest marzenie, są środki, więc możliwa jest też realizacja. W zamkowych wnętrzach nie można robić zdjęć, więc nie mamy żadnych.

I zwiedzaliśmy tylko parter.


Prezentujemy więc zdjęcie właścicieli. Urocza para… Jan Adolf II książę Schwarzenbergu urodził się w Wiedniu i szybko został sierotą. Jego matka zginęła w pożarze ambasady austriackiej w Paryżu. Miał dwóch braci, z których jeden był kardynałem i awansował na arcybiskupa Salzburga. Książę Johann Adolf był przewodniczącym Towarzystwa Ekonomicznego w Pradze i Wiedniu. Uważany jest za inicjatora Kolei Cesarza Franciszka Józefa, którą zamierzał transportować węgiel z Pilzna do Wiednia. Ożenił się z Eleonorą z Liechtensteinu, o której tak pisano „Była bogata, piękna, dowcipna, obdarzona rzadką delikatnością i zawsze chętna do dobroczynności. Wiedziała jednak również, jak posługiwać się surowym berłem delikatną ręką. Dyktowała ton i modę. Od niej zależało, kto zostanie przyjęty do sądu. Zaproszenie do jej domu otwierało drzwi do wszystkich rodów szlacheckich Wiednia. I nikt nie odważył się sprzeciwić jej niewypowiedzianym rozkazom. Księżniczka Lore Schwarzenberg, która do późnej starości pozostawała piękna… była jedną z najwybitniejszych spośród wielu szlachetnych, wielkich dam Wiednia”…
Wokół zamku jest rozległy park krajobrazowy i po sąsiedzku Hotel Stekl

Na koniec naszego drugiego dnia wycieczki pojechaliśmy zjeść obiad w karczmie we wsi Holaszowice. Pierwsza wzmianka o miejscowości pochodzi z 1263 roku. W roku 1292 król Wacław II przekazał wieś klasztorowi cystersów z Wyższego Brodu. Holaszowice pozostały jego własnością do 1848 roku. W latach 1520–1525 wieś nawiedziła dżuma, która pozbawiła życia niemal wszystkich mieszkańców. Zakonnicy do opustoszałej wioski stopniowo sprowadzali osadników z Austrii i Bawarii. Holaszowice były głównie niemieckojęzyczną enklawą wewnątrz Czech – do czasu wysiedlenia stąd niemieckich mieszkańców pod koniec II wojny światowej. W czasie reżimu komunistycznego wioska była opustoszała. Ponowne zasiedlenie nastąpiło w 1990 roku.


I właśnie tu poszliśmy zjeść obiadokolację.

We wsi jest staw i drewniana rzeźba dedykowana Wodnikowi Szuwarkowi.

Wieś Holaszowice z późnobarokową wiejską zabudową została zapisana na listę światowego dziedzictwa UNESCO w 1998 roku i dlatego tu przyjechaliśmy.

I tak zakończył się nasz drugi dzień zwiedzania.

Wycieczka do Czech

Lubimy wycieczki. Mama preferuje te do Włoch, a dla mnie to właściwie wszystko jedno. Wycieczki, które organizuje Stowarzyszenie Bardziej Kochani są autokarowe, więc długo się jedzie, ale szczęśliwi czasu nie liczą.

Tym razem wybraliśmy się na południe Czech. Temat wycieczki – Śladami Wojaka Szwejka, ale Pragę ominęliśmy dużym łukiem i pojechaliśmy do Czeskich Budziejowic, do których wojak zawsze zdążał, ale nie doszedł, bo zawsze szedł w przeciwną stronę…

Zamieszkaliśmy w Hotelu Vita , z którego jest blisko na rynek.


Po przyjeździe zjedliśmy kolację, na którą podano czeskie przysmaki, czyli knedliki z mięsem i zupę czosnkową.


Hotel jest duży i ma kilka pięter. Razem z nami mieszkali turyści z Azji.

Tak minął nam pierwszy dzień wycieczki, bo mimo, że do Czech jest bliżej niż do Włoch to do hotelu przybyliśmy późno i już nie poszliśmy na wycieczkę po mieście, tylko spać.

Wycieczka do Słowenii

Pod koniec września wybraliśmy się ze Stowarzyszeniem ” Bardziej Kochani”  na wycieczkę do Chorwacji. Po drodzę odwiedziliśmy Słowenię i miasteczko Bled nad jeziorem o tej samej nazwie. Pogoda była słoneczna, a niebo błekitne. Ruszyliśmy w kierunku przystani łódek…

Wsiedliśmy do łódki o nazwie- pletna i wypłynęliśmy na głębię… W najgłebszym miejscu  do dna jeziora jest 30 metrów.  Łódeczki mkną po jeziorze i po 10 minutach dopływamy do wyspy, na której stoi kościół Wniebowzięcia Najświetrzej Maryji Panny.

Do kościoła wchodzimy po  prawie 100 stopniach .

W kościele jest dzwon, do którego ustawia się długa kolejka. Każdy chce pociągnąć za sznur, żeby dzwon się odezwał!

Można pomyśleć życzenie, pociągnąc trzy razy za sznur…i… może się spełni?!

My też pociągnęliśmy za sznur i nawet wypowiedziałam życzenie, żeby Maks też je znał, ale dotąd nic nie wskazuje na to, że się spełni…

Za kościołem widok na niski brzeg jeziora, zaraz  zejdziemy na ten  wysoki, na którym zbudowany jest zamek.

Wsiadamy więc do łódki, a potem autokar zawiezie nas do zamku, który jest  najstarszym   zamkiem w Słowenii.

Za nami  widać zamek do którego jedziemy…

Za zamkiem widać szczyt Hochstuhl, (Stol po słoweńsku), najwyższy szczyt w paśmie Karawanki.

Z parkingu musimy wejść na wzgórze zamkowe.

Po schodach, które są za studnią weszliśmy na górny taras, skąd jest przepiękny widok na jezioro i wyspę…

 

Zeszliśmy na dolny taras , gdzie spróbowaliśmy słynnej słoweńskiej kremówki- kremnej reziny.

Wracając do  autokaru Maks wszedł jeszcze na balkon nad bramą wejściową…

Z zamku wBled, pojechaliśmy zobaczyć Jaskinie Szkocjańskie.

Wejście do jaskiń jest dosyć niepozorne.

Wewnątrz nie można robić zdjęć. Chodniki trasy turystycznej są  podświetlane, mimo to w jeskiniach panuje ciemność i słychać szum rzeki, którą płynąc przez wieki, wyżłobiła te jaskinie.

Przejście trasy turystycznej zajmuje  około 2 godziny.

Wyjście z jaskini  jest widoczne , gdyż wlewa się przez nie dużo światła, jest to duża zmiana, gdyż przyzwyczailiśmy się do podświetlonej sztucznym oświetleniem ścieżki, która wiodła nas przez mrok  jaskiń.

Dla porównania zdjęcie w drugą stronę, gdzie widać czerń jaskini i nieśmiale  jaśniejącą  ścieżkę.

Widoki z tej strony jaskini są bardzo malownicze.


Widać wąwóz i płynącą w nim rzekę.


Na koniec niespodzianka. Ostatni odcinek drogi pokonuje za nas winda.

Po zwiedzeniu podziemnej trasy autokar zawiózł nas na miejsce docelowe w Chorwacji.

Przez nastęne cztery dni będziemy mieszkać w resorcie Amarin koło Rovinj

Ferrara

Pożegnaliśmy Genuę i przez La Spezia, Lukka, Florencję i Bolonię (po 400km) dojechaliśmy do Ferrary. Tam czekała na nas przewodniczka, która oprowadziła nas po najstarszej części miasta.

Zaczęliśmy od Porta Paola. Tę bramę  miasta wzniesiono w 1612 r i nazwano na cześć ówczesnego papieża Pawła V.

W piątki w Ferrarze jest dzień targowy, więc trudno jest wjechać do miasta. Właśnie za Porta Paola jest plac targowy na Piazza Travaglio.

Przechodzimy przez targ i kierujemy się do średniowiecznej części miasta, do via delle Volte, która pierwotnie mierzyła dwa kilometry długości i biegła wzdłuż starożytnego biegu rzeki Pad, przed  zmianą koryta rzeki w 1152roku. Magazyny kupców znajdowały się  na brzegu rzeki,a łukowe  przejścia ( obecnie przekształcone w domy) umożliwiały łatwiejszy transport towarów do sklepów czy domów.
Typowe łuki  i sklepienia o ostrołukowym, lub okrągłym kształcie pochodzą z XIII wieku i są charakterystyczne dla całej ulicy. Spacerując po wąskiej i cichej uliczce, próbowaliśmy wyobrazić sobie jak tętniła życiem.

Równolegle do Via delle volte biegnie Via Ragno. Na  Via Ragno, (za Maksem) Trattoria da Noemi. Dom po lewej stronie charakteryzuje się  ryzalitem baldreskowym, wykonanym z drewna, a nie z muru i jest jedynym takim w Ferrarze.

Na skrzyżowaniu z Via Vittoria znajdowała się brama oddzielająca getto żydowskie od reszty miasta.
Via San Romano była głównym łacznikiem pomiędzy rynkiem – Piazza  Trento e Trieste, a portem, który znajdował się tam, gdzie teraz jest via Ripagrande. Jej nazwa wzięła się od kościoła o tej samej nazwie, który istniał wcześniej niż katedra.

Przy via S.Romano minęliśmy   Museo della Cattedrale, które utworzono w dawnym kościele San Romano.

I doszliśmy do Piazza Trento e Trieste, przy której znajduje się południowa  ściana katedry, a do niej „przyklejone ” są małe sklepiki.

Od frontu Katedra prezentuje się bardzo okazale.

Przewodniczka powiedziała, że można sobie zrobić zdjęcie na grzbiecie lwa…Ale czy ten to lew, czy raczej gryf?

Obok katedry znajduje się restauracja „Al Brindisi”, którą udokumentowano już w 1435 roku, w której pijał wino Mikołaj Kopernik, kiedy był w Ferrarze.

Na stolikach leży karta wymieniające słynne osobistości, które wznosiły tu toast.

Również na ścianie kamienicy udokumentowana jest obecność wielkiego polskiego astronoma , który  31 maja 1503 uzyskał doktorat z prawa kanonicznego na Uniwersytecie w Ferrarze.

Poszliśmy zobaczyć zamek Castello Estense. Pierwotną siedzibą rodu d’Este  w Ferrarze był dzisiejszy Palazzo Municipale. Jednak z uwagi na rozruchy w mieście Mikołaj II Kulawy postanowił wybudować siedzibę, która miała by także walory obronne.

Za Maksem widok na ratusz- Palazzo Municipale.

A tu Maks na dziedzińcu Palazzo Municipale. Castello Estense zaczęto budować w dniu Świętego Michała- w 1358  roku,dlatego też znany jest pod nazwą zamku świętego Michała.

Zamek robi duże wrażenie. Otoczony   fosą, ze zwodzonymi mostami w samym  środku miasta przypomina dzieje rodu, który tam mieszkał i przyczynił się do świetności miasta.

Maks był już mocno zmęczony zwiedzaniem i z radością powitał – czas wolny, który spędziliśmy w Mc Donaldzie Przy Piazza Trento -Trieste.

Dania bardzo nie we włoskim stylu, ale Maks był z nich zadowolony.

Z Ferrary pojechaliśmy do Tarvisio, do Hotelu, w którym spaliśmy wjeżdżając do Włoch. Jak zwykle byliśmy późno, za późno na jedzenie, a mimo to jedliśmy.

Vernazza i Monterosso

Vernazza i Monterosso to najstarsze wioski Cinque Terra. Pierwsze zapiski o  Vernazzy pochodzą z 1080 roku. Była to wioska ważna dla  Republiki Genui , która w jej porcie trzymała swoje galeony. Vernazza rozbudowywała się wokół strumienia Vernazzola, który wpadał tu do morza.

Nasz statek przybił do portu. Wysiedliśmy i od razu znaleźliśmy się na Piazza Marconi mając po lewej kościół Świętej Małgorzaty , a po prawej Bastion Belforte i mury zamku z wieżą, widoczne dobrze podczas wpływania do portu.

Widok za Maksem na kościół Świętej Małgorzaty Antiocheńskiej zwanej sauroctona, czyli ta, która zabija smoki. Kościół zbudowano w 1318r z okolicznego zielonego kamienia.

Kiedyś wchodziło się do kościoła od strony strumienia, czyli z przeciwnej strony niż obecnie.

Wnętrzu kościoła przywrócono jego pierwotny , surowy wygląd, na początku XX w pozbawiając go barokowych dekoracji, które powstały w trakcie modyfikacji w XVI i XVII w.

Przeszliśmy się wąskimi uliczkami, które niewiele zmieniły się na przestrzeni wieków.

W Vernazzy spotkaliśmy Polaków, którzy zwiedzali miasteczko, w tym nowożeńców, którzy tu robili sobie zdjęcia w ślubnych strojach. Minusem,  o którym napiszę, są toalety, a w nich brak wody w spłuczkach, co nam się przydarzyło tego dnia, bez względu na to, czy była to toaleta pod dworcem kolejowym , czy w kawiarni przy Piazza Marconi.

Vernazza nawiedziła wielka powódź 25 października 2011 roku. Na budynkach przy stacji do tej pory widać ślady wody z błotem, która sięgała pierwszego piętra.

Wsiedliśmy w pociąg i pojechaliśmy do Monterosso al Mare.

Monterosso rozwijało się wzdłuż strumienia Rio Burmaco, który aktualnie płynie pod ulicą Via Roma. Stacja kolejowa znajduje się w nowej części miasteczka – Fegina , gdzie są żwirowe plaże i wiele hoteli. Wzdłuż wybrzeża jest promenada, którą dochodzi się do starszej części miasteczka. Zaraz ze stacji kolejowej weszliśmy na plażę, żeby zamoczyć stopy w morzu.

Chodzenie po malutkich kamyczkach okazało się dla Maksa trudne, a tym samym plaża dała mu się we znaki.

Nie byliśmy jednak długo na plaży, więc gdy wyschły nam stopy poszliśmy zwiedzać Monterosso.

Poszliśmy Via Fegina ciągle widząc morze po prawej stronie i skałę przy brzegu.

Na plaży było kilkanaście rodzin korzystających ze słońca, choć jak powiedział nasz przewodnik – Samuel, dla niego woda w morzu dobra jest dopiero w lipcu.

Doszliśmy do restauracji Lapo’s i poszliśmy dalej,  gdzie Via Fegina rozchodzi się w dwie strony. Zarówno w lewo jak i w prawo dochodzi się do historycznego centrum Monterosso.
Poszliśmy schodami w górę, drogą Salita  dei Cappucini i podziwialiśmy widok na zatokę

Do klasztoru Kapucynów schodami w górę, a my schodami na dół na starówkę w Monterosso.

Wyszliśmy na Via Nino Bixio, po prawej ręce Maksa wiadukt, po którym jeżdżą pociągi.

Zwiedziliśmy kościół parafialny Świętego Jana Chrzciciela, którego architektura pokazuje, że zbudowano go gdy Monterosso należało już do Republiki Genui, czyli w roku 1276 kiedy hrabia Lavagna – Nicolo Fieschi musiał  sprzedał swoje dobra od La Spazia aż do Monterosso.

Poszliśmy przejść się uliczkami Monterosso, żeby poczuć jego klimat..

Wracaliśmy na stację kolejową  tunelem do Via Fegina, w którego „okienkach” urządzono mini wystawy…


Zwiedzanie Montorosso bardzo nam się podobało, nie spieszyliśmy się i gdy weszliśmy na stację – zobaczyliśmy ostatni wagon pociągu, którym mieliśmy jechać do La Spazia, gdzie czekał na nas nasz autokar.
Samuel, nasz przewodnik bardzo był zdziwiony, że pociąg odjechał punktualnie!!!

Na szczęście następny był za 20 minut, więc cierpliwie czekaliśmy …

Linia kolejowa , która przebiega przez Cinque Terre , to ta, która łączy La Spezię z Genuą i jest jedną z najstarszych linii kolejowych we Włoszech. Budowano ją od 1860  do 1874 z odcinkami biegnącymi blisko morskiego brzegu. Mogliśmy je podziwiać z okna pociągu.

O ile statkiem płynęliśmy ponad dwie godziny, o tyle pociągiem zajęło nam to pół godziny.

Z dworca kolejowego w La Spezia spacerkiem doszliśmy do portu.

Szliśmy Via Fiume przez Piazza Giuseppe Garibaldi. Na środku placu fontanna dialogu – „Żagle”.

Na zdjęciu widać górę, na której jest punkt widokowy na La Spezię i Zatokę Poetów.

I tak oto doszliśmy do ogrodów miejskich za którymi czekał nasz autokar.

Cinque Terre

To była wspaniała wycieczka. Wyjechaliśmy po 8.00 z hotelu i pojechaliśmy do La Spezii, która oddalona jest od Genui o 112 km. W drodze podziwialiśmy nadmorskie widoki widziane z wiaduktów m.in. widok na Portofino…

Wysiedliśmy z autokaru na Viale Mazzini i rozpoczęliśmy spacerek po Passeggiata Costantino Morin’a podziwiając palmy daktylowe rosnące wzdłuż promenady i statki zacumowane w Zatoce Poetów, która nazwana jest tak, aby uczcić poetów i pisarzy, dla których była źródłem inspiracji: Shelleya, Byrona,George Sand, D.H. Lawrence’a i innych.

Pierwszy raz widziałam owocujące palmy  i grona daktyli…Nasz przewodnik Samuel kupował bilety na rejs statkiem wzdłuż wybrzeża, a my spacerowaliśmy i doszliśmy do dział morskich ładowanych przez lufę.

Wreszcie nadszedł czas wejścia na pokład. Byliśmy przygotowani, że na morzu może być zimno, tak jak wczoraj w Genui i rzeczywiście na początku podróży przydały się bluzy i czapki.

Wypłynęliśmy z Zatoki Poetów i przepłynęliśmy cieśniną między Portovenere a Wyspą Palmaria.

Nazwa Portovenere – Portus Veneris – Port Wenus, wywodzi się z czasów Rzymskich o czym świadczą wykopaliska. Była to wioska o znaczeniu strategicznym do kontrolowania ruchu morskiego i trwały o nią zaciekłe walki między Republiką Genui A Republiką Pizy. Ze statku widzieliśmy średniowieczne mury i kościół Świętego Piotra w charakterystycznej kolorystyce ; białego marmuru z Carrara i czarnego zwanego Portoro, typowego dla architektury liguryjskiego gotyku.

Port w Portovenere, a poniżej widok po przeciwnej stronie na Wyspę Palmarię.

Przepływając przez cieśninę widzieliśmy średniowieczne mury i kościół Świętego Piotra.

Z drugiej strony  cypla  znajduje się Grota Byrona, który podobno przepływał zatokę Poetów z San Terenzo, (gdzie mieszkał u swojego przyjaciela P.B Shelleya) do Portovenere.

Płyniemy dalej do Riomaggiore. Część pasażerów w porcie schodzi na brzeg, a inni wsiadają.

Wzmianki o tej wiosce datuje się od XIII wieku. Środkiem doliny płynęła rzeka największa w okolicy, stąd nazwa Rio- maggiore. Aktualnie rzeka jest zakryta i płynie pod ulicą Via Colombo, ale jeszcze do początku XX wieku rzeka była widoczna, a domy były połaczone mostami i dlatego Riomaggiore nazywane było Małą Wenecją. Na obrazach Telemaco Signorini można zobaczyć jak wyglądała wioska w jego czasach.


Riomaggiore łączy 1 kilometrowa ścieżka, która budowali mieszkańcy obu wsi na początku lat 20- XX wieku. Zwana jest Drogą miłości, gdyż w czasie II WŚ spotykała się na niej młodzież z obu wiosek.

Płyniemy do Manaroli, gdzie układ miasteczka przypomina Riomaggiore , gdyż zdudowano je po obu stronach strumienia Rio Groppo. Mieszkańcy Manaroli zamieszkiwali kiedyś starożytną wioskę Volastra, która była na wzgórzu, a do doliny zeszli po epidemii dżumy w XIV wieku, dając początek jednej z wiosek Cinque Terra.Następną wioską na trasie jest Cornigla. W niej jednak nie zatrzymują się duże statki, bo nie ma tak dużego portu jak pozostałe miejscowości.

Wybudowanie linii kolejowej przyczyniło się do rozwoju Cinque Terra, które można odwiedzać statkiem, lub jadąc pociągiem.

Wreszcie pojawiła się Vernazza , port, w którym schodziliśmy na ląd.

Radość Maksa na Piazza Marconi. Tu mieliśmy czas wolny na zjedzenie drugiego śniadania i zwiedzenie miasteczka , a potem wsiadaliśmy w pociąg , żeby dojechać do Monterosso.