Upłynął rok od operacji taty

Rok temu 19 czerwca był koniec roku szkolnego i pojechałem do szkoły z moją najstarszą siostrą Marysią. Nie było mamy ani taty w domu. Jak się obudziłem, słyszałem jak na sygnale  karetka odjeżdża spod domu. Potem okazało się że zabrała tatę. W szpitalu stwierdzili, że tata ma zator płucny i że skrzepy dostały się do serca…Konieczna była operacja kardiochirurgiczna.

Po takiej operacji długo dochodzi się do siebie. Mostek zrasta się pół roku i wtedy lepiej nie sypiać na boku, tylko na zwnak. Tata przeszedł cykl naświetlań w Wieliszewie i co trzy miesiące dostaje implant, który sprawia, że nie wydziela się testosteron. A brak testosteronu powoduje

    • obniżenie energii życiowej, spadek pewności siebie, niechęć do działania,
    • rozdrażnienie, obniżenie nastroju, pogorszenie pamięci i koncentracji,
    • zaburzenia snu lub bezsenność,
    • obniżenie sprawności i wydolności fizycznej.

Tak więc mój tata ma bardzo pod górkę. Tym bardziej, że po radioterapii jest mocno opuchnięty. Wycięcie wszystkich węzłów chłonnych z okolicy miednicy spowodowało, że limfa zatrzymuje się tam i nie ma jak odpłynąć. Na szczęście można już korzystać z pomocy fizjoterapeutów i tata chodzi na rehabilitację. Po roku od operacji czeka go jeszcze dużo wysiłku, żeby poprawić swój stan zdrowia.

Piętnaście lat minęło….jak jeden dzień?

We wtorek poszedłem do skrzynki po listy. Zwykle mama je wyjmuje, ale tym razem poprosiła, żebym poszedł razem z nią. Taki spacerek przed kolacją.

Musiałem się trochę pomocować ze skrzynką, bo nie chciała się otworzyć.

Ale było warto, bo w środku były dwa listy i oba do mnie!

Od kogo są  te listy?


Pospieszyłem do domu, żeby na spokojnie je otworzyć.

W mniejszej kopercie  były życzenia od Igi. Wkleiła mi zdjęcie piłkarza, żebym może poszedł w jego ślady. Być piłkarzem to bardzo męczące zajęcie. Trzeba dużo biegać i strzelać gole, i uważać na innych piłkarzy, którzy zamiast w piłkę kopią innych zawodników po nogach. Zastanowiłem się nad tym i jednak zdecydowałem, że to nie dla mnie. Mamy już w klasie sportowca – Kamila… i myślę, że nie będę robił mu konkurencji.

W dużej kopercie były życzenia od Oliwii. Oliwia życzyła mi dużo radości, prezentów, fajnych filmów, lizaków (akurat za lizakami nie przepadam, są za twarde), ciastek , miłości, zdrowia i …. szkoły! No wiecie, w szkole jest fajnie, ale jak pokazały mi trzy ostatnie miesiące można się uczyć siedząc w domu i robiąc przez cały dzień to, co się chce…

To prawda, że kolegów i koleżanki widuje się wtedy tylko na ekranie komputera, ale powiem Wam w sekrecie, że to mnie właściwie satysfakcjonowało. Wiecie ile miałem czasu  dla siebie i obiad jadłem spokojnie godzinkę, albo i dłużej. Wstawałem o 9.00 ćwiczyłem przez chwilę z mamą, jadłem śniadanie, potem półtorej godziny lekcji on line i od 11.30 cały dzień był mój!

Bardzo podobały mi się laurki od koleżanek, tym bardziej, że wcześniej byłem w szkole na jednej godzinie rewalidacji z komunikacji na „mówiku”. Spotkałem się z  z Amelką i Panią Edytą i było bardzo przyjemnie. Dostałem czekoladki i żelki , więc życzenia od Oliwii się spełniły.

To trochę meczące mieć urodziny od piątku do środy i ciągle dmuchać te świeczki, ale robię to dla mamy, która lubi robić imprezy. W środę na lekcji on line zdmuchnąłem świeczki przed ekranem komputera i wszyscy zaśpiewali mi „100 lat”. Pani Beata przysłała mi filmik z życzeniami od całej klasy. Są zdjęcia kolegów, piosenki – bardzo lubię go sobie oglądać. Potem przyszła mama, która akurat w ten dzień pojechała z Babcią do Anina do kardiologa. Nie, nie denerwujcie się, to była wizyta kontrolna, na którą Babcia zapisała się w listopadzie ubiegłego roku i właśnie po pandemii mogła na nią pojechać do lekarza, a nie tak jak wcześniej tata, porozmawiać z lekarzem przez telefon. To na prawdę zadziwiające, że lekarz może leczyć przez telefon nie widząc pacjenta…

Teraz przechodzę już do dmuchania świeczek. Oto odsłona druga( pierwsza była w piątek)

W odsłonie drugiej wersja tortu – mini. Torcik z musem z mango, a na górze galaretka cytrynowa z dodanym serkiem mascarpone.

Wieczorem wersja tortu – maxi. Galaretkowiec z owocami. Odsłona trzecia dmuchania w świeczki!

Skończyłem 15 lat, choć jakoś specjalnie nie czuję różnicy, to jednak nie powiem Wam, że to minęło jak jeden dzień. Jak się dmucha tyle razy świeczki, to świadomość upływu czasu buduje się w człowieku mimowolnie. Czuję się tak jak wcześniej, zupełnie dobrze.

I takiego samopoczucia życzę również  Wam – na co dzień, nie tylko w urodziny!

Świętowanie 15 urodzin – rozpoczęte

Wczoraj przyjechali moi chrzestni, żeby złożyć mi życzenia urodzinowe. Mama przygotowała rodzinną imprezę, ponieważ z uwagi na to, że nie chodzimy do szkoły, nie będę świętował z kolegami z klasy. Rozpocząłem świętowanie piętnastych urodzin w piątek, a skończę w środę 17 czerwca…

Pogoda dopisała nawet ciut, ciut za mocno przygrzało, ale nie narzekam.

W tym roku piniatę dla mnie mama kupiła w biedronce, wyobrażacie to sobie? Tyle lat robiła sama i wymyślała różne formy, a w tym roku po prostu poszła kupić piniatę w sklepie. W dodatku kupiła mi jednorożca! Z serduszkami, jak dla dziewczyny! I żebyście mieli jasność, były w biedronce lamy, bardziej stosowne dla chłopców, ale ja dostałem jednorożca, chyba na szczęście!

Jednorożec to magiczne zwierzę, więc nawet w taką piniatę żal uderzyć.

Wcale nie chciałem uszkodzić jednorożca i poklepywałem go z lekka.


Wtedy z  pomocą przybył Mateusz, bo pewnie chciał zjeść czekoladki z piniaty. Mateusz  przyniósł  porządny kij od palanta i wraz z  drugim uderzeniem urwało się ucho mocujące sznurek. Jednorożec cały i zdrowy wylądował na ziemi, więc Mateusz jeszcze raz go stuknął i jednorożec rozpadł się na trzy części. Mama powiedziała, że to jest magiczne zwierzę i na pewno odrodzi się jak feniks z popiołów. Zobaczymy !

Potem był tort i dwie świeczki, chociaż ja kończę 15 lat, ale sami rozumiecie, było gorąco, więc dwie świeczki mniej grzeją niż 15! Pomyślałem sobie marzenie, tak jak u nas w klasie na urodzinach. Ciekawe czy się spełni?

Od chrzestnych dostałem ciasto z 40 jaj, z kilograma cukru, kilograma mąki i 1 litra śmietany. Wiecie jakie to ciasto? Przyjechało do mnie z Podlasia!

Świętowaliśmy na ogródku i było zupełnie przyjemnie. Lubię mieć urodziny!

 

 

Zabawa z sylabami

Czas siedzenia w domu zmusił mnie do regularnego odrabiania lekcji  z Maksem. Przy okazji zorientowałam się, że to czego kiedyś nie potrafił ( układanie liter pod wyrazami) teraz w jakiś sposób dobrze mu idzie. Postanowiłam ponowić próby czytania sylab. Generalnie Maks nie lubi czytać pseudowyrazów, składanych z losowo wybranych sylab, które nic nie znaczą w języku polskim. Może dlatego, że  lepiej rozumie konkrety…

Zainwestowałam czas w przygotowanie pomocy i z nadzieją zasiadłam koło Maksa.  Po tym jak łatwo układał litery pod obrazkami, spodziewałam się że sylaby pójdą nam równie dobrze. Nie poszły! Pierwsza próba prawie mnie zniechęciła. Maks w ogóle nie chciał tego robić. Następnego dnia było trochę lepiej i postanowiłam namówić tatę Maksa, żeby zamiast hasła na komputer Maks musiał ułożyć kilka wyrazów z sylab i tak zaczęła powstawać nowa gra, którą będziemy w mam nadzieję modernizować.

Wyjście do szkoły w Dzień Matki

Dzisiaj po raz pierwszy od 11 marca wyszedłem z domu, żeby pojechać na godzinne zajęcia rewalidacyjne z komunikacji alternatywnej. Założyłem maseczkę tak jak mama i tata i pojechaliśmy do szkoły.

W szkole było jakoś zupełnie inaczej i przyznam, że zbiło  mnie to zupełnie z tropu. Zaraz przy wejściu zobaczyłem biały pojemnik, którego nigdy wcześniej tam nie było. Mama go nacisnęła i płyn, który wypłynął roztarła na dłoniach, a potem powiedziała , że ja też muszę zdezynfekować ręce. Kiedy to robiłem przyszła Pani Basia, nasza szkolna pielęgniarka z dziwną przesłoną na twarzy i zmierzyła mi temperaturę! Potem uśmiechnęła się i pokazała, że termometr wyświetlił moją temperaturę na zielono, więc mogłem pójść dalej, ale wtedy zobaczyłem rząd krzeseł, które stały w poprzek korytarza. Na ich oparciach przyklejono dłoń ze znakiem „Stop!” Mama została przed krzesłami, a ja przeszedłem dalej zdezorientowany i trochę  przestraszony, usiadłem na krześle. Pani z szatni przyniosła mi kapcie, a mama zniknęła za drzwiami…

Co się dzieje w mojej szkole? Poszedłem na górę na zajęcia z Panią Edytą. Chwilę później przyszła Amelka i minę miała, tak jak ja – nietęgą. Pani Edyta od razu zauważyła, że jesteśmy przestraszeni i zaczęła nas rozśmieszać, żebyśmy doszli do siebie…

Godzina szybko nam minęła. Dostaliśmy do domu zadanie, żebyśmy przygotowali rodzicom do picia to, o co nas  poproszą. Wyszedłem ze szkoły z mamą i przyznam, że odetchnąłem z ulgą. Ulica wyglądała tak jak ją pamiętałem…

Poszliśmy z mamą do samochodu, a po drodze w sklepiku kupiliśmy kwiaty na urodziny Mary. Na ulicy było mało osób, a pani w sklepie miała maseczkę na twarzy, tak jak moi rodzice i ja …

W domu zupełnie zapomniałem o co prosiła  nas Pani Edyta i zdziwiłem się, kiedy mama pokazała mi nagraną wiadomość od Pani Edyty. Nie było mi to na rękę, bo właśnie grałem w grę, ale w końcu dziś jest Dzień Matki, więc zszedłem do kuchni i zrobiłem rodzicom zieloną herbatę, tak jak sobie zażyczyli.


Dziś miałem bardzo pracowity dzień. Z samego rana, razem z dziewczynami z klasy i Panią Beatą, zrobiłem  na lekcji online laurkę z okazji Dnia Matki. Po powrocie ze szkoły zrobiłem laurkę dla Mary, no i przyznam, że mam wiele spraw do „przetrawienia” po dzisiejszym pójściu do szkoły. Co najdziwniejsze wszystkie osoby, które spotkałem w szkole były bardzo ożywione i zadowolone w przeciwieństwie do nas – uczniów…
Mama powiesiła moją laurkę w widocznym miejscu i mocno mnie ucałowała!

 

 

Tortilla de patatas, czyli placek z ziemniaków i jajek.

Moja mama uczy się hiszpańskiego.  Kiedyś była na warsztatach kulinarnych, które zorganizowała szkoła językowa, do której uczęszcza   i nauczyła się robić typowe danie hiszpańskie – placek ziemniaczany. Nasz przepis jest zmodyfikowany. My nie smażymy ziemniaków na oleju, ale gotujemy je w wodzie.

Ten placek można robić z cebulą, albo z papryką, którą podsmaża się na oliwie z oliwek. U nas jest i cebula i papryka.

Obrane ziemniaki kroi się na cienkie plasterki.

Jest ich ponad jeden kilogram.

Ziemniaki wkładam do patelni, bo właśnie na niej robi się ten placek.

Wlewam wodę, potem dodaję sól i gotuję ziemniaki do miękkości około 15 minut.

Czas przygotować jajka. Tortilla de patatas na 1 kilogram ziemniaków potrzebuje 9-10 jajek. Jajka umyłem i mama wbiła do garnka. Rozbijanie jajek ciągle jeszcze nie idzie mi dobrze.

Żółtka i białka trzeba dobrze rozmieszać.


Ugotowane ziemniaki trzeba odsączyć od wody, więc najlepiej z patelni odcedzić je na sitku, a potem gorące  przełożyć do garnka z jajkami i całość wymieszać.

Teraz  tylko dodaje się podsmażoną wcześniej cebulkę z papryką i całość wraca z powrotem na patelnię.

Na patelni musi być oliwa z oliwek, bo jajka dodane do ziemniaków muszą się  ściąć. Dobrze jest przykryć patelnię pokrywką…

…wtedy jajka szybciej się ugotują.

Najtrudniejszą rzeczą jest przewrócić tortillę na drugą stronę, żeby jajka dobrze się ścięły, szczególnie kiedy tortilla jest z kilograma ziemniaków. Do tego potrzebna jest płaska pokrywka, albo duży, płaski talerz, na który przewracamy placek i z powrotem zsuwamy go na patelnię.

A tak wygląda tortilla de patatas gotowa do jedzenia.

Ja nie lubię ziemniaków, ale ten placek mi smakował i wszedł na stałe do domowego menu!

A tak wyglądała tortilla w szkole językowej Sin Fronteras

Zderzenia samochodowe – zabawy z Numiconem

Nowa zabawa z klockami Numicon. Wybieramy dwa samochody i stawiamy je na „parkingu”: duży, na którym kładziemy jednostkowy klocek Numicon i drugi samochód mały, na którym wartość numiconowa będzie większa np. dwa. Każdy z graczy ma dwa ruchy, w trakcie których stara się tak rozpędzić swoje auta, żeby zderzyły się z autami na „parkingu”. Jeśli uderzy w duży samochód dostaje 1 punkt, jeśli uda mu się zderzyć z małym dostaje dwa punkty. Jeśli nie uda mu się zderzyć z którymś z aut na „parkingu” dostaje zero punktów, czyli kwadrat białego papieru. Gracze korzystają z tych samych samochodów, które rozpędzają kiedy nadchodzi ich kolej. Zebrane punkty (z klocków Numicon) układa się na podpisanej kartce, a po zakończeniu gry liczy się punkty układając je na białej planszy Numicon. Wygrywa ten, kto zdobędzie najwięcej punktów.

Auta na naszym „parkingu”.


Najlepsze zderzenia Maksa.

Wyjątkowo udane zderzenia taty.

Start mamy.

Po  kilku rundach podliczono punkty.


Na wyniki ułożone z kolejnych rzutów położono klocki, które pokazują wynik sumaryczny.

I okazało się, że do wyłonienia zwycięzcy potrzebna jest dogrywka.

Wynik dogrywki widać na kolejnym zdjęciu.

Maks zdobył jeden punkt, a tata dwa.

Wynik po zsumowaniu punktów i na koniec uporządkowanie wyników w malejącej kolejności.

Wygrał tata mając jedno zderzenie więcej niż Maks.

Zabawy z numiconem

Znacie klocki Numicon? Ja znam i przyznam się Wam, że wcale za nimi nie przepadam. Długo leżały na półce nieużywane i nagle dziś mama zniosła je do kuchni. Zawołała nawet tatę co zdziwiło mnie jeszcze bardziej.

Kiedy na stole postawiła miskę z wodą zupełnie zdębiałem! Będziemy rodzinnie myć te klocki? To byłaby przesada bo one były w pudełku i wcale się nie zakurzyły.

Mama zaskoczyła mnie bardzo pozytywnie. Przygotowała fajną zabawę. W misce pełnej wody zwodowała statek (nakrętkę po nutelli) i każdy z uczestników zabawy miał dokonać abordażu swoim piratem (czyli koralikiem)   na statek (czyli upuścić koralik tak, żeby znalazł się na nakrętce) Pozostali uczestnicy mają za zadanie przeszkadzać piratowi i dmuchać w statek, żeby pirat spadł do wody i się utopił. Jeśli pirat znajdzie się na statku gracz dostaje jeden klocek numiconu,  jeśli utopi się dostaje kawałek papieru czyli nic!

Mama dmuchała jak tylko mogła , ale mój pirat wskoczył na statek!

Ja się ucieszyłem i zdobyłem kolejny klocek Numiconu.

Mama wrzucała swojego pirata, ale słabo jej poszło, bo my z Tatą dmuchaliśmy skutecznie.

Tacie też skutecznie przeszkadzaliśmy w abordażu.

Widzicie tę minę, to już wiecie, kto wygrał w tej pierwszej rozgrywce.

Na białej podkładce od klocków każdy gracz ułożył zdobyte klocki. Ja miałem cztery, tata trzy, a mama dwa.

Klocki poukładaliśmy tak, żeby zastąpić je większymi a te małe żeby wróciły do gry w kolejnej rundzie.

Gra była emocjonująca, a wynik końcowy potwierdził kto w tej rodzinie jest najlepszym piratem.

Klocki z drugiej rundy położyliśmy nad tymi, które zdobyliśmy w pierwszej  rozgrywce.

Pomysł tej gry mama znalazła na Portalu Stowarzyszenia Zakątek 21

 

Sałatka z sałaty, ogórka, papryki, szczypiorku i sera feta.

Jak wiecie nadal nie chodzę do szkoły. Dostaję więc na maila prace domowe. W niedzielę zrobiłem sałatkę z serem feta, której obrazkowy przepis przysłała mi Pani Edyta.

Lubię ser feta, więc powinien być zadowolony i byłbym, gdy to mama mi ją przygotowała. Mama natomiast ciągle woła mnie, żebym pomógł jej w kuchni, chociaż wie, że jestem zajęty grą na komputerze. Tak się zastanawiam, że jak chodziłem do szkoły to jakoś mama potrafiła więcej zrobić w kuchni sama…


Tak więc widzicie, że mocno się spracowałem i okazało się, że mając gotową sałatkę odechciało mi się zupełnie jeść.

Przestrzeń dla mnie – w kuchni…

Najbardziej lubię siedzieć przy komputerze. Moja siostra kupiła mi grę „Gwiezdne Wojny” i lubię w nią grać. W kuchni lubię zjeść kanapki, albo ciasto, ale nie lubię czynności kuchennych: takich jak zmywanie, czy obieranie warzyw na zupę.
W związku z tym, że moje rodzeństwo ma dużo czasu i robi w domu obiady zostałem „zaproszony” do pomocy przez Marcina.
Marcin robił zupę z cukinii i zażyczył sobie, żebym obrał warzywa. Marcinowi trudno odmówić, nie chciałem, ale poszedłem. Czego się nie robi dla starszego brata?

Nie lubię obierać warzyw, ale ktoś to musiał zrobić.

Mama wymyśliła, że  w kwarantannie dobrze jest upiec ciasto. Ciasto zdrowe, marchewkowe, żeby wszystkim  słodko było, by się w domu nie nudziło!

Ja tam w domu się nie nudzę i przyznam, że lubię jeść ciasto, ale to nie znaczy od razu, że chcę je zrobić sam! Mogę trochę  pomóc, ale bez przesady…

Mama wymyśliła akcję” daj dziecku przestrzeń w kuchni”.  Wynalazła z Zakątka 21 przepis koleżanki na ciasto marchewkowe i postanowiła, że ja sam je zrobię!

Zaczęło się od obierania marchwi i starcia jej na drobnych oczkach tarki. Zrobiliśmy to pół na pół. Jedną marchew mama – drugą ja, żeby starta marchew wypełniła dwie szklanki

Tarcie nie idzie mi dobrze, ale jakoś trochę tej marchwi starłem!

Potem mama oddzieliła żółtka od białek z 4 jajek. Przygotowała dwie szklanki cukru, wyjęła mikser i ja to musiałem ubić. Białka z cukrem, a do ubitych białek dodałem 4 żółtka.

Uwierzycie, że jak ubijałem te jajka mikserem to rozbolała mnie ręka? Pokazywałem to mamie, ale ona powiedziała, że to jeszcze nie koniec, że muszę dodać 1 szklankę i 1/4 szklanki oleju do tych ubitych z cukrem jajek.

Po dodaniu oleju przyszła pora na dodanie  2 szklanek mąki wymieszanych z 2 łyżeczkami cynamonu, 2 łyżeczkami proszku do pieczenia i 2 łyżeczkami sody.

Widzicie moją minę? miałem już tego ciasta dosyć! Ale to jeszcze nie był koniec, bo czekała jeszcze marchewka starta na tarce. Mama wyłożyła blachę papierem do pieczenia a ja zacząłem mieszać startą marchew z ciastem.

Pozostała ostatnia czynność – wylanie ciasta na blachę! UFF koniec. Jak to zrobiłem pobiegłem myć ręce i resztę zostawiłem mamie. Mama do części ciasta dodała rodzynki i pokrojone orzechy i wstawiła placek do piekarnika. Ciasto marchewkowe piecze się w 175C przez 40 minut.

Upieczone ciasto było super. Można do niego jeszcze zrobić krem ze 150g  masła, 120 g cukru i 200g serka białego, ale zanim mama się wzięła za krem, to już rodzeństwo moje zjadło pół ciasta.

Jeśli byście chcieli  zrobić takie ciasto to podaję składniki

2 szklanki startej surowej marchewki

2 szklanki cukru

4 jaja

1 i 1/4 szklanki oleju

2 szklanki mąki wymieszanej z 2 łyżeczkami cynamonu, 2 łyżeczkami proszku do pieczenia i 2 łyżeczkami sody

można dodać posiekane orzechy, rodzynki

Smacznego!