Archiwum kategorii: choroby

Wieliszew-Mazowieckie Centrum Onkologii


Szpital Onkologiczny w Wieliszewie będzie celem naszych codziennych wizyt aż do 20.12
Codziennie, oprócz weekendów, tata Maksa jest tam naświetlany, żeby zlikwidować pozostałości po raku stercza. Razem z nim codziennie na czterech aparatach Simens Artiste naświetlają się mężczyźni i kobiety, którzy walczą z rakiem.

Społeczna świadomość związana z badaniami profilaktycznych dotyczącymi raka piersi jest dość duża, natomiast  profilaktyka raka prostaty nie jest u nas rozpowszechniona. Ciągle uważa się, że rak prostaty dotyczy panów w wieku dużo po 60 -tce, więc mało który młody mężczyzna robi badania PSA, czy bada się u urologa…

W Sydney w toaletach męskich( na lotnisku) leżą takie ulotki, które uświadamiają mężczyznom, że rak prosty atakuje 1 na siedmiu Australijczyków przed 85 rokiem życia i 200 000 mężczyzn żyje tam z rakiem prostaty.

Wystarczy wysłać smsa na podany numer , żeby dostać darmowy pakiet informacyjny na swoją komórkę.

Jak jest u nas? Ilu lekarzy daje skierowanie pacjentom na okresowe badania  PSA, ilu zachęca do badań profilaktycznych u urologa? Historia taty Maksa świadczy o tym, że niewielu…

W Wieliszewie  codziennej radioterapii poddaje się  200 osób. Są cztery aparaty, z  których dwa (3i4) co jakiś czas się psują. Wtedy pacjenci z niesprawnych aparatów przenoszeni są do tych, które działają(1i2). Czas oczekiwania na swoją kolejkę zwiększa się, gdyż aparat musi obsłużyć dwa  razy więcej pacjentów. Za naszej bytności na radioterapii już dwa razy zdarzyło się, że oba aparaty były zepsute, a kilka razy jeden z nich. Chorych onkologicznie  wciąż przybywa, sprzętu nie przybywa, więc pacjenci czekają do późna w nocy na swoją kolejkę do radioterapii. Raz w tygodniu mają wizytę u lekarza radiologa. Nasza doktór przyjmuje w czwartki od 13.00 – do ostatniego pacjenta. Raz ma on numerek 53, raz 44, ale przed północą udało się tacie Maksa wrócić dwa razy…

Wieliszew powinien dostać nowy sprzęt dla swoich pacjentów i to jak najszybciej…

SOR(RY) tutaj ratuje się życie!

Wczoraj moi rodzice spędzili cały dzień na Szpitalnym Oddziale Ratunkowym w Szpitalu Dzieciątka Jezus przy ulicy Lindleya.

Dzień rozpoczął się od telefonu z laboratorium, gdzie przeanalizowano wyniki z krwi taty (które zrobił po tygodniu od wypisu ze szpitala) i stwierdzono, że ma jakiś stan zapalny w organizmie, więc  tata poszedł do lekarza, żeby  się skonsultować. Lekarka zapoznała się z wynikami i tym co ostatnio przeszedł mój tata i stwierdziła, że internistycznie jest dobrze i potrzebne są badania szczegółowe, żeby dowiedzieć się gdzie jest ten stan zapalny, więc wypisała tacie skierowanie do szpitala, w którym był ostatnio, czyli na Lindleya.

Tata nie był zadowolony, ale uznał argumenty lekarki. Postanowił pójść na piechotę z przychodni na Świętej Barbary do szpitala na Lindleya. Spacer dobrze mu zrobił. Nie miał kłopotów z  zejściem i wejściem po schodach przejścia podziemnego i przed 11.00 pojawił się w rejestracji SOR-u. W poczekalni siedziało kilka osób, ale tłumu nie było i zapowiadało się na krótkie czekanie. Na drzwiach wejściowych na SOR wisiał plakat zatytułowany:

(SOR)RY, tutaj ratuje się życie.

Po godzinie czekania tatę poproszono do środka. O 14.00 pacjentów oczekujących na to, że zostaną wezwani na SOR zelektryzowała wiadomość pani z rejestracji, że zepsuł się aparat do rentgena i do 17.00 będzie naprawiany!

O 16 00 tata wyszedł z SOR-u i usiadł obok mamy na krześle w poczekalni, bo na SORze zabrakło krzeseł. Swoje ustąpił  kobiecie w ciąży i zmęczył się staniem. Tak jak inni pacjenci czekał na zdjęcie rtg.  Nowi pacjenci zgłaszali się do rejestracji i byli informowani o awarii aparatu RTG, proponowano im też inne szpitale np na Solcu. Ciekawe jest też to, że pacjentom z Solca proponowano szpital na Lindleya i jeden pacjent bardzo się zdziwił gdy tu przyjechał i dowiedział się, że zdjęcie rtg zrobią mu o bliżej nie określonej godzinie, gdyż na SORze czeka przyjętych 25 osób…

O 18.00 przyszli  dwaj pacjenci ze szpitala na Barskiej , gdzie wysiadł system i jego naprawa miała potrwać trzy godziny…

W każdym razie wracając do taty to udało mu się. Po 17.18 zrobiono mu zdjęcie rtg. Na echo serca przewieziono go o 18.24 meleksem na kardiologię (gdzie był tydzień wcześniej) i tam pani doktor powiedziała, że kardiologicznie jest wszystko dobrze, a ekg obecne ma mniej zakłóceń niż to z wypisu. O 19.00 lekarze skonsultowali się, że nie wiadomo gdzie jest ten stan zapalny. Na pewno nie w sercu. I o 19.30 wypis był prawie gotowy.

Tata wrócił z mamą o 20.45

Zastanawiający jest fakt w dobie małych, przewoźnych aparatów RTG, na SORze w szpitalu Dzieciątka Jezus nie ma takiego i pacjenci korzystają w aparatu dostępnego na ortopedii…dobrze jeśli jest czynny, gorzej kiedy jest zepsuty!

Ostra zatorowość płucna wysokiego ryzyka

5 czerwca mój tata miał laparoskopowy zabieg prostatektomii radykalnej i dwa tygodnie później kiedy wybierał się do szpitala na usunięcie cewnika dopadł go zator płucny, który dostał się do serca i do tętnic płucnych! Taki zator nazywają „jeźdźcem” i można go usunąć jedynie na drodze operacji kardiochirurgicznej z mechanicznym usuwaniem skrzepów. W tym nieszczęściu tata miał szczęście, że trafił na wspaniałych lekarzy, którzy uratowali mu życie!

To czego dokonał zespół kardiochiorurgów z dr Zielińskim  w szpitalu Medicover możecie sobie przeczytać poniżej. Tata jak  przeczytał co przeszło jego serce to żałował, swojej ciekawości, bo po przeczytaniu poczuł się bardzo słaby…

Ja odwiedziłem tatę w szpitalu. Za pierwszym razem jak zobaczyłem dreny, które wystawały spod piżamy to mało się nie rozpłakałem. Ale jak tata ze mną porozmawiał i zobaczyłem, że ma się dobrze, to  przestałem się martwić!


Wczoraj zdziwiłem się gdy pojechaliśmy po tatę do szpitala i nie był to szpital Medicover, tylko Szpital Dzieciątka Jezus, gdzie chodzę do ortodonty. Okazało się , że tam ustawiono tacie leczenie przeciwzakrzepowe, żeby żaden jeździec go już nie zaatakował.

Koniec roku szkolnego

Ten koniec roku szkolnego zapamięta cała moja rodzina i to nie dla tego, że wyjątkowo przypadał na środę, przed Bożym Ciałem.

Ten dzień rozpoczął się przyjazdem karetki pogotowia pod nasz dom. Tata, który miał jechać do Otwocka do ECZ na  wizytę kontrolną i wyjęcie cewnika, poczuł się bardzo źle. Miał kłopoty z oddychaniem i mama wezwała karetkę. Ratownicy przyjechali bardzo szybko. Zrobili tacie EKG, podłączyli kroplówkę z adrenaliną i podali tacie maskę z tlenem do oddychania. Potem przenieśli go na nosze i zabrali karetką do szpitala Bródnowskiego.

Byłem w moim pokoju i słyszałem jak karetka odjechała na sygnale. Moja siostra Marysia pomogła mi przygotować się do wyjścia do szkoły i razem z Oliwią i jej mamą pojechaliśmy pożegnać szóstą klasę i Naszą Panią, która we wrześniu będzie wychowawczynią pierwszej klasy.

W szkole spotkałem kolegów i Naszą Panią i właściwie wszystko było takie zwyczajne, jak już wcześniej na zakończenie roku szkolnego…jedyną zmianą było to, że nie było ze mną mamy, ale była Marysia- moja najstarsza siostra.

Nasz klasa znów zabłysła i Iga z Olkiem odebrali dla nas nagrodę.

Potem tańczyliśmy zumbę i pokazaliśmy czego nauczyliśmy się w ciągu minionego roku.

W końcu skończyła się część oficjalna  i poszliśmy do naszej sali.

Wycałowaliśmy Naszą Panią i podziękowaliśmy Jej za to, że była dla nas jak DRUGA  MAMA!

Każdy z nas dostał świadectwo podsumowujące nasze osiągnięcia.


Właściwie już kilka razy kończyliśmy rok szkolny, więc jeszcze nie dotarło do nas to, czym to zakończenie różni się od poprzednich…Od września, w siódmej klasie będziemy mieć nową wychowawczynię, a Nasza Pani będzie miała pierwszaki… Na szczęście będzie miała z nami kilka godzin lekcji, więc nadal będzie nas uczyć, choć już nie będziemy Jej klasą!

Wróciłem do domu, a mamy nie było. Moje starsze rodzeństwo miało smutne miny i popłakiwali po kątach. Oni wiedzieli, że tata dostał zatoru płucnego. Jeden skrzep dostał się do prawej komory serca,  a inne były w tętnicach płucnych i tylko operacyjne wyjęcie tych zakrzepów mogło uratować życie naszemu tacie.  Dr Szadryn z SORu na Bródnie szybko i trafnie zdiagnozowała taty problem i znalazła szpital, który podjął się operacji.

O 13.00 tatę przewieziono ze szpitala na Bródnie do szpitala Medicoveru na Wilanowie.

O 14.00 przewieziono go na salę operacyjną gdzie dr Zieliński po trwającej 6 godzin operacji  usunął wszystkie skrzepy i tym samym uratował życie naszego taty!

Mama i Mateusz wrócili do domu przed 22.00. Powiedzieli, że rozmawiali z dr Zielińskim, który jest zadowolony z przebiegu operacji, która się udała!

I dopiero wtedy odetchnęliśmy z ulgą!

Panowie badajcie PSA!

O ile nagłaśnia się w  mediach, żeby kobiety robiły sobie badania profilaktyczne, które wcześnie potrafią zdiagnozować raka piersi, czy szyjki macicy, o tyle o profilaktycznych badaniach raka prostaty u mężczyzn jakoś cicho. A badania PSA z krwi nie kosztują dużo i łatwo je zrobić. Oczywiście zdarza się u 7% mężczyzn, że ich wartość PSA była mniejsza niż 1, a i tak zdiagnozowano u nich raka stercza, niemniej  jednak w większości przypadków jeśli wynik PSA po jakimś czasie się podwoi, to trzeba  się zbadać u urologa.

Lekarze powinni po 40-tym mroku życia wystawiać mężczyznom  skierowanie na PSA, ale z jakiś powodów, nadal uważa się, że rak prostaty dotyczy tylko mężczyzn po 65 roku życia!

Niestety rak prostaty atakuje coraz młodszych Panów !

Nagle okazuje się tak jak u mojego taty, że przez pięć lat wynik PSA zwiększył się czterokrotnie! Urolog bada i stwierdza obecność guza, potem każe zrobić biopsję ( choć przed biopsją jednak powinien zlecić badanie tomograficzne) i wychodzi, że jest rak prostaty i to nie mały!

A potem już tylko wchodzi w rachubę usunięcie całego gruczołu i badanie histopatologiczne wyciętych węzłów chłonnych!

Wieść gminna niesie, że rak prostaty łatwo się operuje (laparoskopowo) i szybko dochodzi się po nim do zdrowia! Oczywiście może w wyniku tej operacji być nietrzymanie moczu, ale to już wydaje się być drobiazgiem…tym, którzy takiej dolegliwości nie mają!

Taki obrazek można zobaczyć w przychodni urologicznej. Nakręcono też materiał filmowy, w którym Katarzyna Dowbor zachęca  Panów, żeby tak jak dbają o swoje auta i robią im przeglądy, tak samo żeby zadbali o siebie i badali się urologicznie. Rak prostaty często jest bezobjawowy i zaskakuje nie tylko swoją obecnością, ale i rozmiarem!

Wtedy nagle okazuje się, że w gronie znajomych są koledzy, którzy już  przeszli prostatektomię radykalną. Gdyby może powiedzieli o tym co ich spotkało, a nie uważali że to temat wstydliwy, o którym mówi się tylko tym, którzy mają tę samą diagnozę, może inni przebadali by się tak, jak koledzy mojego taty i urolog, który zlecił mu  biopsję!

 

Już po feriach…

W tym roku Maks zachorował w drugim tygodniu stycznia i kiedy skończył antybiotyk właśnie zaczęły się ferie.  W ferie generalnie Maks odpoczywał w domu i nabierał odporność po antybiotykoterapii. Kupiliśmy mu ( polecany na I konferencji w Poznaniu ) saszetki Colostrigen, który zawiera colostrum – wydzielinę gruczołu mlekowego ssaków, w której są składniki regulujące system odpornościowy takie jak: laktoferyny, lizozym, immunoglobuliny IgG, egzogenne aminokwasy.

W ferie umówiliśmy się z Amelką i jej mamą i poszliśmy do kina. Mieliśmy również wejść do jakiejś sali zabaw, ale w ferie są to miejsca okupowane przez uczestników „zimy w mieście”.

W Arkadii jest fajna zjeżdżalnia pomiędzy pierwszym i drugim piętrem, i tam spędziliśmy czas przed seansem filmowym.

Taka zjeżdżalnia między piętrami to długi zjazd, a potem wejście po schodach.

Maks zjeżdżał bardzo chętnie i dość szybko wchodził schodami, żeby zjechać kolejny raz.

Czekanie na zielone światło, to nauka przestrzegania zasad bezpieczeństwa.

Zjazd…

Było świetnie!

Na koniec zdjęcie w świątecznej dekoracji.

W styczniu byliśmy też u endokrynologa w szpitalu dziecięcym UM na Żwirki i Wigury. Jest to wizyta, którą z NFZ możemy odbyć tylko raz w roku, ponieważ jak jesteśmy w styczniu to następny wolny termin jest za rok. W tym roku udało nam się zapisać już na listopad tego samego roku, co uważam za niezwykłe. Za to na  USG tarczycy możemy się zgłosić w lutym 2020, co jest gorszym rezultatem niż w ubiegłych latach, kiedy zlecenie na USG w styczniu dawało możliwość zapisania się na listopad tego samego roku.

Maks ma tarczycę, która wytworzyła mu wszystkie możliwe przeciwciała tarczycowe, a więc TRAB-y charakterystyczne dla nadczynności tarczycy i anty-TPO i anty-TG, charakterystyczne dla niedoczynności tarczycy i hashimoto. Na zdjęciach USG tarczycy widać jak Maksa tarczyca jest po przejściach… W każdym razie w takim przypadku badamy co 3 miesiące TSH i FT4, i dopóki to ostatnie jest w normie – to się nie martwimy.

Maks nie bierze leków na tarczycę (trzech lekarzy , z którymi to konsultowaliśmy było zgodnych co do tego), ponieważ każdy lek zaburza kruchą równowagę tego gruczołu.

Zapalenie płuc

W poniedziałek 27 sierpnia poszłam z Maksem do lekarza na sprawdzenie. Lekarka, która go do tej pory leczyła była na urlopie, więc poszliśmy do nowej doktór. Ta osłuchała Maksa i nic nie wysłuchała, natomiast na wieść o stale utrzymującej się gorączce (od 15 sierpnia) wystawiła mi skierowanie do szpitala… Niechętnie spakowałam rzeczy na ewentualny pobyt i pojechaliśmy do dziecięcego szpitala na ul. Niekłańskiej. Tam lekarz osłuchał Maksa i od razu usłyszał zmiany. Zrobiliśmy rtg płuc i okazało się, że są zmiany w płucu lewym. Na zdjęciu lekarz pokazał nam je. Ponieważ Maks był w miarę dobrej formie, zapisał nam drugi antybiotyk – augmentin i odesłał do domu. Kazał skończyć klacid i równolegle brać augmentin. Gdyby gorączka nie zniknęła, to mieliśmy się zgłosić na oddział. Na szczęście drugiego dnia już gorączka odpuściła. Maks bierze nebulizacje z 3% soli NaCl, która wyciąga wodę z płuc. We wtorek zapisałam Maksa do lekarza, który już kiedyś leczył go na zapalenie płuc i jest w stanie wysłuchać, czy są zmiany osłuchowe, czy nie. Zastanawiam się od czego to zależy, że jeden lekarz słyszy zmiany, a drugi nie…

Niestety nasz pobyt w Albatrosie nie wychodzi nam na zdrowie. Maks po tygodniu pobytu dostał egzemy wokół  stawów kolanowych i łokciowych. Lekarz wypisał nam steryd, który na coś takiego działa. Maks jest uczulony na pleśnie i grzyby i, niestety, w Albatrosie już któryś raz go obsypało.

Maks jest chory

Nie pamiętam kiedy Maks miał ostatnio zapalenie oskrzeli. Jak wróciliśmy z Rowów tata Maksa miał przez dziesięć dni ostre zapalenie gardła, ale obeszło się bez antybiotyku. Natomiast  Maks od 15 sierpnia ciągle gorączkuje mimo, że co dwa dni chodziliśmy do lekarza i od tygodnia  bierze klacid i nebud.

Pobyt nad morzem jest już tylko wspomnieniem, a w świetle ostatnich chorobowych atrakcji jawi się mi jako czas niezwykle udany i piękny, więc z przyjemnością go wspominam…

Maks wiele czasu spędził w wodzie. Najczęściej z tatą.

Trochę pływał na dmuchanej orce, ale przede wszystkim dużo czasu był w wodzie.

Podobało mu się też skakanie przez fale.

Razem czekaliśmy na  zachody słońca…

Raz były grupowe zajęcia na plaży polegające na drużynowym budowaniu zamku z piasku.Maks nie zmienił w tej kwestii zdania i tak jak w poprzednich latach budowanie z piasku zupełnie go nie interesuje.

Zrobiliśmy fajną wycieczkę piesza do Latarni w Czołpinie, potem zeszliśmy nad brzeg morza. Doszliśmy do Czerwonej Szopy i wróciliśmy na parking. Cała trasa około 6 kilometrów. Przy okazji zobaczyliśmy co zmieniło się od naszego pobytu w 2010 roku

Wyremontowano stary budynek i będzie tu muzeum latarnictwa.

Droga ku latarni wiodła w słońca promieniach.

Niebieski szlak od latarni biegnie na brzeg morza

Zeszliśmy z wydmy i brzegiem morza doszliśmy do Czerwonej Szopy

Było gorąco, ale nad morzem upał był mniej odczuwalny. Jesteśmy dumni z Maksa, że bez marudzenia przeszedł z nami tę trasę. Pamiętam przecież czasy kiedy nie ruszaliśmy się z Albatrosa dalej niż nad brzeg morza…

Gipsowa sobota

W piątek 8 września była ładna pogoda i na lekcji WF-u dzieci miały zajęcia na boisku, na którym jeździły na rowerach. Maks jeździł na tym co zawsze – trójkołowym. Mój syn lubi pogaduchy, patrzenie na innych i obserwowanie co robią, a także zagadywanie we własnym języku przechodniów czy kolegów. To jest dla niego tak ważne, że inne sprawy schodzą na dalszy plan. Tak było i w piątek. Jechał na rowerze, zatrzymał się, żeby z kimś pogadać, a że do tego włącza pracę rąk i gestykuluje, więc zagadał się i spadł z roweru. Ręka bolała go długo po tym i w domu pokazywał, że boli. Jednak bandaż elastyczny z okładem zdjął zaraz po tym, jak mu założyłam. Następnego dnia niby było dobrze. Poszliśmy do kina na bajki z Myszką Norką, a potem do ZOO.

W kinie musowo musi być popkorn.

W drodze do ZOO spotkaliśmy Kapelę, Maks miał wiele uciechy stukając ręką po talerzu…

Stuka, ale lewą ręką…

Wysłałam SMS-a, ale ani po minucie, ani po sześciu Kapela nie zagrała nam wybranego, siódmego utworu.

Doszliśmy spacerkiem z Kina Praha do ZOO.

Zobaczyliśmy co się dało zobaczyć, Maks pohuśtał się na sprzęcie, na który jest już za duży, zjedliśmy lody i zaczęliśmy wracać do domu.

Ciuchcia na kółkach podwiozła nas trochę. Nie opłacało nam się wychodzić z ZOO przy Wybrzeżu Helskim, ponieważ trwa zmiana torowiska u wylotu mostu Gdańskiego, ale wyjście na Ratuszową nie było dużo lepsze, bo autobus Z20  jeździ rzadko i musieliśmy dojść do przystanku Galeria Wileńska, i Maks miał bardzo długi spacer.

Nie bardzo chciał iść trzymany za rękę, szczególnie tę prawą, i jednak pokazywał, że boli. Ręka była minimalnie spuchnięta i to sprawiło, że po obiedzie pojechaliśmy do chirurga. Lekarka też obejrzała rękę i zleciła prześwietlenie, żeby mieć jasność co do ciągłości kości.

Niestety okazało się na zdjęciu rentgenowskim, że jest podokostnowe złamanie dalszego końca kości łokciowej prawej i podejrzenie złamania  podokostnowego końca dalszego kości promieniowej prawej. W związku z tym Maksowi założono gips.

Generalnie nieźle to znosi wziąwszy pod uwagę fakt, że nie toleruje plastrów i na krótko daje sobie założyć bandaż. Termin zdjęcia gipsu mamy wyznaczony na 30.09.

Tymczasem siedzimy w domu i Maks przyzwyczaja się do tego, ze może robić różne rzeczy tylko lewą ręką.

Je na drugie  śniadanie sałatkę z mango, kiwi i jabłka, bo od dwóch tygodni jest na diecie niskokalorycznej rozpisanej przez Panią Annę Wrzochal ze Świętokrzyskiej Kliniki Dietetyka

Do trzech razy sztuka…

W przeddzień Wigilii najstarszą siostrę Maksa potrącił samochód. W wyniku wypadku miała złamaną kość miednicy i przez siedem tygodni leżała w łóżku. Pierwszy termin wizyty sprawdzającej czy kości się zrosły, miała wyznaczony na 9. lutego. Niestety – lekarz, do którego była zapisana, zachorował i wizytę przełożono na 17. lutego. W piątek 17. lutego spadł deszcz i oblodzona droga z Wydmy Tarchomińskiej, która prowadzi do naszego domu, okazała się nie do przebycia dla zamówionego transportu medycznego. Mimo starań ratowników, którzy wezwali  piaskarkę do posypania drogi, wizyta znów została przełożona… I w końcu wczoraj doszła do skutku. Zdjęcie rentgenowskie upewniło lekarza, że Mary może już stanąć na własne nogi i powoli wracać do samodzielnego życia.

Przez dwa miesiące tylko dotknęłam tego trudu, z którym są na co dzień rodzice dzieci leżących…

Gdy Mary pojechała do lekarza, Maks wypróbował jazdę w górę i w dół na wynajętym łóżku ortopedycznym…

Teraz oparcie wyżej… Fajna zabawa, ale na krótko.

Kto chciałby leżeć w łóżku tyle czasu?!