Wszystkie wpisy, których autorem jest Maks Grochowski

Centrum Edukacji Przyrodniczej TPN

Centrum Edukacji Przyrodniczej Tatrzańskiego Parku Narodowego odwiedziliśmy w drugim tygodniu turnusu. Centrum posiada nowoczesne wystawy audiowizualne, które pomagają zwiedzającym poznać przyrodę – florą i faunę –  Tatr. Zwiedzanie centrum zaczyna się od sali, w której jest podświetlana makieta Tatr. Lektor przedstawia jakąś część Tatr i miejsce o którym jest mowa jest podświetlane na makiecie. W następnych salach można zobaczyć  łąkę górska, las, a także jaskinię. Na koniec wyświetlany jest film o tym czego nie należy robić w górach.

Centrum otacza Ogród Roślinności Tatrzańskiej. W nim spotkaliśmy sarenkę, która przechadzała się pomiędzy drzewami.

Jednak zdjęcie można zrobić sobie z kamienną sarenką, albo niedźwiedziem.


Na tej ścieżce edukacyjnej są tablice, z których możemy dowiedzieć się więcej o zwierzętach i roślinach.

Po wizycie w Centrum poszliśmy piechotą do Kuźnic. Spacer był długi. Z żalem patrzyłem na busy, które zatrzymywały się na przystankach, a do których my nie wsiadaliśmy.

Mama chyba chciała mi zrobić zdjęcie na tle Nosala, bo jakoś nie mogę inaczej sobie wytłumaczyć tego spacerku wzdłuż ulicy…

Z drugiej strony dobrze, że chodziło jej tylko o  zdjęcie, gorzej by było, gdyby chciała ze mną pójść   na Nosal.

Doszliśmy do Kuźnic. Tam jest zespół dworsko-pałacowy, pozostałość po działalności hrabiego Zamoyskiego.


Widzicie ten uśmiech?

Jestem zadowolony bo w Kuźnicach nad strumieniem zjadłem gofra, więc mam siły żeby wrócić.

Wakacje w górach

To były moje pierwsze wakacje w górach. Co prawda byłem w Murzasichlu 13 lat temu, ale wtedy dopiero zaczynałem chodzić i właściwie przemierzałem trasy w wózku.

Do tej pory jeździłem nad morze, do Rowów. Byłem też w Wesołek Krainie koło Andrychowa. Tam też są góry, ale dużo niższe i łagodniejsze.

W Murzasichlu codziennie były jakieś wycieczki w góry, no czasem do Zakopanego, żebyśmy odpoczęli. Dlatego teraz już wiem, że w góry jedzie się, żeby dużo chodzić. Ja nie za bardzo podzielam tę pasję. Wolę raczej posiedzieć sobie. Tata po operacji dostosował swoje tempo do moich możliwości i obaj byliśmy z tego zadowoleni. Bardziej spacerowaliśmy niż chodziliśmy i opuściliśmy wycieczkę do Doliny Białego, ponieważ tata wiedział, że będzie mi trudno podejść …

Turnus w Murzasichlu był inny niż wszystkie, w których do tej pory uczestniczyłem. Tu było dużo chodzenia po nierównej nawierzchni, łapanie równowagi na kamieniach, zejścia i wejścia bez podpierania się i ćwiczenie kondycji na szklakach.

Chcecie wiedzieć jak było? Zawsze szedłem ostatni, niektórzy marudzili, że ich bolą nogi – ale szli szybko. Ja nie marudziłem, ale też szedłem wolno. W końcu byłem na wakacjach.

Mój tata to rozumiał, mama nie.

W górach jest fajnie, kiedy siedzisz w cieniu nad strumieniem i możesz wrzucać do niego kamienie. Ja nie wrzucałem bo byłem w Tatrzańskim Parku Narodowym, a tam nic nie wolno.

Ludzie zachwycają się widokami…ja nie widziałem tam nic specjalnego, wszędzie kamień na kamieniu…no, woda w strumieniach jest fajna. Lubiłem moczyć w niej ręce.

W Dolinie Kościeliskiej chciałem pójść do Jaskini Raptawickiej, ale okazało się, że na szlaku są łańcuchy, więc sobie odpuściłem, tym bardziej , że przede mną z tej trasy zrezygnowała jedna pani.

W Murzasichlu poznałem Adriana.
Inne  koleżanki i kolegów znałem już wcześniej ze zlotów, albo z turnusów. Fajnie razem spędzaliśmy czas na boisku.

Właściwie to jestem zadowolony z tego wyjazdu i jak już mama wreszcie narysowała mi kalendarz i zaznaczyła dzień powrotu, to wyluzowałem i przestałem witać dzień gestem „do domu”, a w zamian za to wykreślałem kolejny dzień, który minął.

Pytacie dlaczego?!

Jestem domatorem i nic na to nie poradzę!

Wycieczka na Gubałówkę

Być z Zakopanym i nie być na Gubałówce to nie mieściło się w głowie moich rodziców. Mama pamiętała tę górę z czasów liceum,  czyli przed wiekami…

W albumie ma zdjęcie z Gubałówki, a za nią widać Tatry ( to ona tak twierdzi bo za nią coś widać szarego i nie wiem czy to góry,  więc mogę przyjąć to tylko na jej słowo.)

Wjechaliśmy kolejką szynową i to było super, bo nie chciałbym wchodzić na Gubałówkę szlakiem. Tata zobaczył kramy i podjął decyzję, że pójdzie ze mną posiedzieć, wypić herbatę i zjeść szarlotkę, bo od samego patrzenia zrobiło mu się niewyraźnie. Mama poszła z grupą na Butorowy Wierch. Poszła i wróciła. Minę miała również niewyraźną, widać wycieczka po ulicy wśród wszechobecnej komercji i samochodów przemykających pomiędzy pieszymi  też nie przypadła jej do gustu. Szukała jakiegoś murka gdzie robiła sobie zdjęcie po maturze, ale murek został rozebrany.

Widok z Gubałówki z tarasu kawiarni tuż przy kolejce szynowej. Mama szukała murka, a tam w dole widać cały taras, z którego można popatrzyć na Tatry. Chmur było niemało, więc widok mocno zachmurzony!

Jedyne miejsce, które jej się podobało na Gubałówce to ta kapliczka.

Potem już zjechaliśmy kolejką do Zakopanego.

W Zakopanym mama też wydziwiała, że nie podoba jej się księstwo góralskie. Dacie wiarę?

To ten budynek ze szkła za nami. Mama wymyśliła, że to powinno się nazywać Złoty Róg!

Też pomysł, żadnych rogów tam nie widać, a z tym złotem to bym nie przesadzał!

Zaraz przy księstwie góralskim jest galeria handlowa. Mama też kręciła głową, że za jej czasów tego nie było. Trudno oczekiwać, że w Zakopanym nie będzie galerii handlowej, kiedy w każdym szanującym się mieście budują centra handlowe. Moja mama niby taka nowoczesna, a takiej prostej rzeczy nie pojmuje. Strumień –  tata orzekł – jest ładnie obudowany. Jest mostek i na nim mama nam zrobiła zdjęcie.

Tam za nami widać dom, z którego odpada tynk. Nie wygląda to ładnie, ale na to mama nie zwróciła uwagi i jeszcze uwieczniła to na zdjęciu. Kto zrozumie kobiety?!

Na koniec ja wypatrzyłem coś ciekawego. Półka na lalki na ścianie domu. Ciekawy pomysł, prawda? Zastanawiałem się czy zabierają lalki do domu jak pada deszcz…I w ogóle dlaczego tam siedzą, czy w pokoju nie ma na nie miejsca?

Turnus w Murzasichlu

W tym roku nie pojechaliśmy nad morze tylko w góry do  Murzasichla, do Ośrodka „Krywań”.

Moi rodzice bardzo lubią góry, ale przez dziesięć lat z rzędu jeździli ze mną nad morze do Rowów. W tym roku Stowarzyszenie Bardziej Kochani odwołało wszystkie turnusy i kolonie, więc nareszcie mogli pojechać w góry. Z naszego pokoju na 2 piętrze był piękny widok na Tatry. Mama stała w oknie, a tata nazywał kolejne szczyty, które widzieli …

Ja trochę się zmartwiłem – komputer został w domu. Co ja tu będę robił?

Następnego dnia uzyskałem jasną odpowiedź na moje pytanie. W góry jeździ się po to , żeby chodzić – dużo chodzić! Pomyślałem, że tata będzie raczej patrzył na góry z okna niż chodził, ale  okazało się, że tata jednak  będzie chodził na tyle na ile zdoła.

Kiedy poszliśmy pochodzić po Murzasichlu mocno się zmęczyłem. Murzasichle to bardzo długa wioska, a nasz dom był w tej części położonej wyżej.

Z radością wróciłem do pokoju i włączyłem sobie małą podróżniczkę Dorę.

Zaczęły się wakacje

Nie zauważyłem prawie, że  skończył się rok szkolny. Nie było oficjalnego zakończenia roku szkolnego, nie było rozdania świadectw. Po prostu w piątek  26 czerwca spotkaliśmy się po raz ostatni na lekcji on line. Pani Edyta życzyła nam udanych wakacji, a  potem z Panią Beatą zrobiliśmy wakacyjną kartkę.

Pani Beata życzyła nam udanych wakacji i wyraziła nadzieję, że we wrześniu spotkamy się normalnie w szkole.

Zaraz w poniedziałek ruszaliśmy na południe odwiedzić Igora, a od niego mieliśmy jechać do Murzasichla na turnus z Zakątkiem 21.

Upłynął rok od operacji taty

Rok temu 19 czerwca był koniec roku szkolnego i pojechałem do szkoły z moją najstarszą siostrą Marysią. Nie było mamy ani taty w domu. Jak się obudziłem, słyszałem jak na sygnale  karetka odjeżdża spod domu. Potem okazało się że zabrała tatę. W szpitalu stwierdzili, że tata ma zator płucny i że skrzepy dostały się do serca…Konieczna była operacja kardiochirurgiczna.

Po takiej operacji długo dochodzi się do siebie. Mostek zrasta się pół roku i wtedy lepiej nie sypiać na boku, tylko na zwnak. Tata przeszedł cykl naświetlań w Wieliszewie i co trzy miesiące dostaje implant, który sprawia, że nie wydziela się testosteron. A brak testosteronu powoduje

    • obniżenie energii życiowej, spadek pewności siebie, niechęć do działania,
    • rozdrażnienie, obniżenie nastroju, pogorszenie pamięci i koncentracji,
    • zaburzenia snu lub bezsenność,
    • obniżenie sprawności i wydolności fizycznej.

Tak więc mój tata ma bardzo pod górkę. Tym bardziej, że po radioterapii jest mocno opuchnięty. Wycięcie wszystkich węzłów chłonnych z okolicy miednicy spowodowało, że limfa zatrzymuje się tam i nie ma jak odpłynąć. Na szczęście można już korzystać z pomocy fizjoterapeutów i tata chodzi na rehabilitację. Po roku od operacji czeka go jeszcze dużo wysiłku, żeby poprawić swój stan zdrowia.

Piętnaście lat minęło….jak jeden dzień?

We wtorek poszedłem do skrzynki po listy. Zwykle mama je wyjmuje, ale tym razem poprosiła, żebym poszedł razem z nią. Taki spacerek przed kolacją.

Musiałem się trochę pomocować ze skrzynką, bo nie chciała się otworzyć.

Ale było warto, bo w środku były dwa listy i oba do mnie!

Od kogo są  te listy?


Pospieszyłem do domu, żeby na spokojnie je otworzyć.

W mniejszej kopercie  były życzenia od Igi. Wkleiła mi zdjęcie piłkarza, żebym może poszedł w jego ślady. Być piłkarzem to bardzo męczące zajęcie. Trzeba dużo biegać i strzelać gole, i uważać na innych piłkarzy, którzy zamiast w piłkę kopią innych zawodników po nogach. Zastanowiłem się nad tym i jednak zdecydowałem, że to nie dla mnie. Mamy już w klasie sportowca – Kamila… i myślę, że nie będę robił mu konkurencji.

W dużej kopercie były życzenia od Oliwii. Oliwia życzyła mi dużo radości, prezentów, fajnych filmów, lizaków (akurat za lizakami nie przepadam, są za twarde), ciastek , miłości, zdrowia i …. szkoły! No wiecie, w szkole jest fajnie, ale jak pokazały mi trzy ostatnie miesiące można się uczyć siedząc w domu i robiąc przez cały dzień to, co się chce…

To prawda, że kolegów i koleżanki widuje się wtedy tylko na ekranie komputera, ale powiem Wam w sekrecie, że to mnie właściwie satysfakcjonowało. Wiecie ile miałem czasu  dla siebie i obiad jadłem spokojnie godzinkę, albo i dłużej. Wstawałem o 9.00 ćwiczyłem przez chwilę z mamą, jadłem śniadanie, potem półtorej godziny lekcji on line i od 11.30 cały dzień był mój!

Bardzo podobały mi się laurki od koleżanek, tym bardziej, że wcześniej byłem w szkole na jednej godzinie rewalidacji z komunikacji na „mówiku”. Spotkałem się z  z Amelką i Panią Edytą i było bardzo przyjemnie. Dostałem czekoladki i żelki , więc życzenia od Oliwii się spełniły.

To trochę meczące mieć urodziny od piątku do środy i ciągle dmuchać te świeczki, ale robię to dla mamy, która lubi robić imprezy. W środę na lekcji on line zdmuchnąłem świeczki przed ekranem komputera i wszyscy zaśpiewali mi „100 lat”. Pani Beata przysłała mi filmik z życzeniami od całej klasy. Są zdjęcia kolegów, piosenki – bardzo lubię go sobie oglądać. Potem przyszła mama, która akurat w ten dzień pojechała z Babcią do Anina do kardiologa. Nie, nie denerwujcie się, to była wizyta kontrolna, na którą Babcia zapisała się w listopadzie ubiegłego roku i właśnie po pandemii mogła na nią pojechać do lekarza, a nie tak jak wcześniej tata, porozmawiać z lekarzem przez telefon. To na prawdę zadziwiające, że lekarz może leczyć przez telefon nie widząc pacjenta…

Teraz przechodzę już do dmuchania świeczek. Oto odsłona druga( pierwsza była w piątek)

W odsłonie drugiej wersja tortu – mini. Torcik z musem z mango, a na górze galaretka cytrynowa z dodanym serkiem mascarpone.

Wieczorem wersja tortu – maxi. Galaretkowiec z owocami. Odsłona trzecia dmuchania w świeczki!

Skończyłem 15 lat, choć jakoś specjalnie nie czuję różnicy, to jednak nie powiem Wam, że to minęło jak jeden dzień. Jak się dmucha tyle razy świeczki, to świadomość upływu czasu buduje się w człowieku mimowolnie. Czuję się tak jak wcześniej, zupełnie dobrze.

I takiego samopoczucia życzę również  Wam – na co dzień, nie tylko w urodziny!

Świętowanie 15 urodzin – rozpoczęte

Wczoraj przyjechali moi chrzestni, żeby złożyć mi życzenia urodzinowe. Mama przygotowała rodzinną imprezę, ponieważ z uwagi na to, że nie chodzimy do szkoły, nie będę świętował z kolegami z klasy. Rozpocząłem świętowanie piętnastych urodzin w piątek, a skończę w środę 17 czerwca…

Pogoda dopisała nawet ciut, ciut za mocno przygrzało, ale nie narzekam.

W tym roku piniatę dla mnie mama kupiła w biedronce, wyobrażacie to sobie? Tyle lat robiła sama i wymyślała różne formy, a w tym roku po prostu poszła kupić piniatę w sklepie. W dodatku kupiła mi jednorożca! Z serduszkami, jak dla dziewczyny! I żebyście mieli jasność, były w biedronce lamy, bardziej stosowne dla chłopców, ale ja dostałem jednorożca, chyba na szczęście!

Jednorożec to magiczne zwierzę, więc nawet w taką piniatę żal uderzyć.

Wcale nie chciałem uszkodzić jednorożca i poklepywałem go z lekka.


Wtedy z  pomocą przybył Mateusz, bo pewnie chciał zjeść czekoladki z piniaty. Mateusz  przyniósł  porządny kij od palanta i wraz z  drugim uderzeniem urwało się ucho mocujące sznurek. Jednorożec cały i zdrowy wylądował na ziemi, więc Mateusz jeszcze raz go stuknął i jednorożec rozpadł się na trzy części. Mama powiedziała, że to jest magiczne zwierzę i na pewno odrodzi się jak feniks z popiołów. Zobaczymy !

Potem był tort i dwie świeczki, chociaż ja kończę 15 lat, ale sami rozumiecie, było gorąco, więc dwie świeczki mniej grzeją niż 15! Pomyślałem sobie marzenie, tak jak u nas w klasie na urodzinach. Ciekawe czy się spełni?

Od chrzestnych dostałem ciasto z 40 jaj, z kilograma cukru, kilograma mąki i 1 litra śmietany. Wiecie jakie to ciasto? Przyjechało do mnie z Podlasia!

Świętowaliśmy na ogródku i było zupełnie przyjemnie. Lubię mieć urodziny!

 

 

Wyjście do szkoły w Dzień Matki

Dzisiaj po raz pierwszy od 11 marca wyszedłem z domu, żeby pojechać na godzinne zajęcia rewalidacyjne z komunikacji alternatywnej. Założyłem maseczkę tak jak mama i tata i pojechaliśmy do szkoły.

W szkole było jakoś zupełnie inaczej i przyznam, że zbiło  mnie to zupełnie z tropu. Zaraz przy wejściu zobaczyłem biały pojemnik, którego nigdy wcześniej tam nie było. Mama go nacisnęła i płyn, który wypłynął roztarła na dłoniach, a potem powiedziała , że ja też muszę zdezynfekować ręce. Kiedy to robiłem przyszła Pani Basia, nasza szkolna pielęgniarka z dziwną przesłoną na twarzy i zmierzyła mi temperaturę! Potem uśmiechnęła się i pokazała, że termometr wyświetlił moją temperaturę na zielono, więc mogłem pójść dalej, ale wtedy zobaczyłem rząd krzeseł, które stały w poprzek korytarza. Na ich oparciach przyklejono dłoń ze znakiem „Stop!” Mama została przed krzesłami, a ja przeszedłem dalej zdezorientowany i trochę  przestraszony, usiadłem na krześle. Pani z szatni przyniosła mi kapcie, a mama zniknęła za drzwiami…

Co się dzieje w mojej szkole? Poszedłem na górę na zajęcia z Panią Edytą. Chwilę później przyszła Amelka i minę miała, tak jak ja – nietęgą. Pani Edyta od razu zauważyła, że jesteśmy przestraszeni i zaczęła nas rozśmieszać, żebyśmy doszli do siebie…

Godzina szybko nam minęła. Dostaliśmy do domu zadanie, żebyśmy przygotowali rodzicom do picia to, o co nas  poproszą. Wyszedłem ze szkoły z mamą i przyznam, że odetchnąłem z ulgą. Ulica wyglądała tak jak ją pamiętałem…

Poszliśmy z mamą do samochodu, a po drodze w sklepiku kupiliśmy kwiaty na urodziny Mary. Na ulicy było mało osób, a pani w sklepie miała maseczkę na twarzy, tak jak moi rodzice i ja …

W domu zupełnie zapomniałem o co prosiła  nas Pani Edyta i zdziwiłem się, kiedy mama pokazała mi nagraną wiadomość od Pani Edyty. Nie było mi to na rękę, bo właśnie grałem w grę, ale w końcu dziś jest Dzień Matki, więc zszedłem do kuchni i zrobiłem rodzicom zieloną herbatę, tak jak sobie zażyczyli.


Dziś miałem bardzo pracowity dzień. Z samego rana, razem z dziewczynami z klasy i Panią Beatą, zrobiłem  na lekcji online laurkę z okazji Dnia Matki. Po powrocie ze szkoły zrobiłem laurkę dla Mary, no i przyznam, że mam wiele spraw do „przetrawienia” po dzisiejszym pójściu do szkoły. Co najdziwniejsze wszystkie osoby, które spotkałem w szkole były bardzo ożywione i zadowolone w przeciwieństwie do nas – uczniów…
Mama powiesiła moją laurkę w widocznym miejscu i mocno mnie ucałowała!

 

 

Tortilla de patatas, czyli placek z ziemniaków i jajek.

Moja mama uczy się hiszpańskiego.  Kiedyś była na warsztatach kulinarnych, które zorganizowała szkoła językowa, do której uczęszcza   i nauczyła się robić typowe danie hiszpańskie – placek ziemniaczany. Nasz przepis jest zmodyfikowany. My nie smażymy ziemniaków na oleju, ale gotujemy je w wodzie.

Ten placek można robić z cebulą, albo z papryką, którą podsmaża się na oliwie z oliwek. U nas jest i cebula i papryka.

Obrane ziemniaki kroi się na cienkie plasterki.

Jest ich ponad jeden kilogram.

Ziemniaki wkładam do patelni, bo właśnie na niej robi się ten placek.

Wlewam wodę, potem dodaję sól i gotuję ziemniaki do miękkości około 15 minut.

Czas przygotować jajka. Tortilla de patatas na 1 kilogram ziemniaków potrzebuje 9-10 jajek. Jajka umyłem i mama wbiła do garnka. Rozbijanie jajek ciągle jeszcze nie idzie mi dobrze.

Żółtka i białka trzeba dobrze rozmieszać.


Ugotowane ziemniaki trzeba odsączyć od wody, więc najlepiej z patelni odcedzić je na sitku, a potem gorące  przełożyć do garnka z jajkami i całość wymieszać.

Teraz  tylko dodaje się podsmażoną wcześniej cebulkę z papryką i całość wraca z powrotem na patelnię.

Na patelni musi być oliwa z oliwek, bo jajka dodane do ziemniaków muszą się  ściąć. Dobrze jest przykryć patelnię pokrywką…

…wtedy jajka szybciej się ugotują.

Najtrudniejszą rzeczą jest przewrócić tortillę na drugą stronę, żeby jajka dobrze się ścięły, szczególnie kiedy tortilla jest z kilograma ziemniaków. Do tego potrzebna jest płaska pokrywka, albo duży, płaski talerz, na który przewracamy placek i z powrotem zsuwamy go na patelnię.

A tak wygląda tortilla de patatas gotowa do jedzenia.

Ja nie lubię ziemniaków, ale ten placek mi smakował i wszedł na stałe do domowego menu!

A tak wyglądała tortilla w szkole językowej Sin Fronteras