Słodzenie cytryny

Od razu na początku przyznaję się („bez bicia”) – określenie słodka cytryna znalazłem w Wikipedii. Nie jestem żadnym specjalistą od psychologii (tym bardziej od psychoanalizy, bo na „słodką cytrynę” trafiłem drążąc temat około freudowski) tylko chemikiem, zatem moja interpretacja zjawiska zmiany kwaśnego smaku jest bez wątpienia amatorska. Do poszukiwań w Wikipedii, które stały się dla mnie wygodniejsze niż kartkowanie opasłych tomiszczy encyklopedii PWN, pobudziła mnie unikalna konferencja Bardziej Kochanych o nieco prowokacyjnym tytule Ojciec do bicia?. Po raz pierwszy spotkałem się z wydarzeniem w całości poświęconym tematyce ojców dzieci niepełnosprawnych i, początkowo z mieszanymi uczuciami, wziąłem w nim udział.

 

Dzisiaj niewiele pamiętam z „Ojca do bicia” – wszak już dawno minął rok (Maks miał wtedy niecałe 4 lata). Merytoryczne wystąpienia chyba nie wnosiły nic nowego, ani tym bardziej nie bulwersowały. Szybko się zatarły w pamięci. Cóż można o ojcach Downów odkrywczego powiedzieć? Moją uwagę przyciągnął natomiast końcowy panel dyskusyjny i to właśnie wypowiedzi rozmawiających swobodnie ojców zmobilizowały leniący się dotychczas intelekt do pracy. Zaczął się jakiś proces myślenia, a skoro na początku nie za bardzo wiedziałem w jakim pójdzie kierunku, więc pozwoliłem na dywergencję poszukiwań. Te poszukiwania trwają do dziś i wcale nie uważam aby były zakończone.

 

Relację z poszukiwań zacznę od tego, że każde nieszczęście daje impuls do rozumowego poszukiwania przyczyny. Wypadek, choroba, kalectwo, nowotwory, utrata pracy, rozstanie – wybaczcie szanowni Czytelnicy że wrzucam to wszystko do jednego worka – mają w 99% wyjaśnienie. Choćby to było tak marne wyjaśnienie, że zderzenie samochodów spowodowała nadmierna prędkość. Choćby to było wyjaśnienie opierające się jedynie na bezpośrednich przyczynach… Ale jakieś wyjaśnienie jest. W przypadku wady genetycznej nawet takiego wytłumaczenia nie potrafię podać!

 

Czytam o statystyce narodzin (znów w nieocenionej Wikipedii) – „częstość występowania zespołu Downa szacuje się na 1 przypadek na 800–1000 żywych urodzeń”. I co z tego że takie są szacunki? Dlaczego Maks nie jest bliźniakiem Maksa-bis – prawdopodobieństwo ciąży bliźniaczej wynosi przecież aż 1:80. Dziesięciokrotnie więcej niż dla Downa. Dlaczego to właśnie mi trafił się ten los na loterii? Czyżbym zasłużył na gniew Bożej Opatrzności? I czym? To nieuniknione pytanie o przyczynę nieszczęścia zadawał i zadaje sobie każdy ojciec Downa. Nikomu nie pasuje rola karty do gry w oczko, która daje „furę” w ręce gracza.

 

Stopniowo w życiu ojca Downa pytanie o przyczynę ulega ewolucji. Często takie pytanie sięga do odległych wspomnień, zwłaszcza do wspomnień powiązanych z problematyką niepełnosprawności. Nawet dzisiaj dobrze pamiętam mieszkającego w sąsiednim bloku (przy warszawskiej ulicy Szczęśliwickiej) chłopaka o imieniu Grześ. Chodził często w berecie i brązowej kurtce. Jako że był wyrośnięty i silny, to ferajna z podwórka wykorzystywała go do niecnych celów (chodziły słuchy, że nawet seksualnie). W mojej pierwszej klasie (pierwsza „B”) był Jaś, który potem szybko spadł do klasy niżej i niżej… Nie był lubiany – kiedyś mnie dźgnął ołówkiem w szyję tak mocno, że znalazłem się w gabinecie lekarskim. Nauczyciele przepchnęli go w końcu przez podstawówkę – pamiętam jak w ósmej klasie pojawiał się na kółku biologicznym (Jaś był chyba wtedy w piątej czy szóstej klasie) bo bardzo lubił patrzeć na preparaty pod mikroskopem. A może po prostu lubił, gdy się nim zajmowano?

 

Byłem już w liceum, gdy mój, nieżyjący już, Ojciec zakupił działkę nad Narwią. Sam piach i to aż 100 kilometrów od Warszawy. Bez dojazdu asfaltem, a po drodze nawet parę kilometrów starych kocich łbów. Naszymi działkowymi sąsiadami była rodzina, w której dwoje z trójki dzieci było niepełnosprawnych umysłowo. Dzisiaj te dzieci to dorośli ludzie, a niepełnosprawna córka (obecnie prawie pięćdziesięcioletnia kobieta) nawet w tym roku zadzwoniła do mnie z DPS-u pytając o zdrowie, o nasze dzieci, czy mamy nowego potomka… Naprawdę mnie zatkało! Po pierwsze dlatego, że przechowała numer telefonu przez tyle lat, po drugie – odważyła się zadzwonić, a po trzecie że tak dobrze wszystko pamięta!

 

Ale do rzeczy – jako licealista patrzyłem bardzo krytycznym okiem na sąsiadów. A może to, że piją (na działkach wtedy wszyscy pili, zwłaszcza z miejscowymi – Kurpie to Kurpie i swoje prawa mają) ich „pokarało”? Pod koniec lat 70. o FAS-ie nikt nie słyszał i oficjalnie polecano kobietom w stanie błogosławionym czerwone wino w niewielkich ilościach… Gdy później spotykaliśmy się na działce (zanim jej nie sprzedałem), jasne się stało, że nie jest to żaden FAS, a jakaś wada genetyczna. Nie wiem jaka, nie miałem wtedy odwagi się dopytywać. Do narodzin Maksa miało upłynąć ładnych parę lat…

 

Pytanie o przyczynę sięgnęło już naprawdę odległych wspomnień. Może w moim życiu właśnie dlatego pojawił się Maks, gdyż kiedyś źle traktowałem podobnych Jemu? Jeśli nawet nie nabijałem się z ich niepełnosprawności, to z trudem tolerowałem ich obecność – i mam za „swoje”. Wstydziłem się siedzieć w jednej ławce, na sąsiednim siedzeniu w autobusie, nie chciałem rozmawiać… A kysz, a kysz. Chociaż nie jest to proste – energicznie przepędzamy poczucie winy! Maks nie jest ani karą „za grzechy”, ani karą za złe traktowanie Jemu podobnych w przeszłości. Teraz już wiesz, podpowiada któraś z freudowskich warstw świadomości lub podświadomości, Maks jest nagrodą! I tak oto wpadamy w szeroko otwarte ramiona „słodkiej cytryny”.

 

Jedną z najciekawszych koncepcji niepełnosprawności dziecka jako nagrody usłyszałem na, wspomnianej już wcześniej, konferencji „Ojciec do bicia?”. Bardzo energiczny tata-przedsiębiorca, zaangażowany społecznie, stwierdził że jego syn pełni rolę „anioła-kontrolera”, zesłanego z góry w celu sprawdzenia czy ojciec… No właśnie – w celu skontrolowania czy ojciec… No niech to, nie chce mi przejść przez klawiaturę! …czy ojciec jest porządnym człowiekiem. Nie potrafię przytoczyć całego toku rozumowania, ale zapamiętałem ten schemat następująco: „kontroler-nagroda” powoduje zmiany w życiu na lepsze (porządniejsze!) i utrzymuje ten stan „ulepszenia”.

 

Proces „słodzenia cytryny” wydaje mi się naturalną reakcją na nieszczęście, którego nie potrafimy sobie racjonalnie wytłumaczyć, a ponadto nie możemy lub nie chcemy uniknąć. Często spotykaną „kupką cukru” jest stwierdzenie, że Opatrzność obdarza dzieckiem niepełnosprawnym te rodziny, które są dobrymi rodzinami. Że Downy to „pocałunki Boga” (kto słyszał, ten wie o czym piszę!). Że kiedyś osoby upośledzone umysłowo były traktowane jak wysłannicy niebios, posiadający bezpośredni kontakt ze światem nadprzyrodzonym. Jesteśmy zatem wyjątkową rodziną, podpowiada „osłodzona cytryna”. Jeszcze teraz doskwierają nam różne niedogodności, ale już niedługo będzie naprawdę fajowo.

 

A ja nie potrafię sobie „osłodzić cytryny”. Może w tym jestem upośledzony? Nie rozumiem logiki Opatrzności, która „podrzuciła” nam Maksa. Co gorsza, jestem przekonany że nie zrozumiem! Tak jak dzisiaj dostrzegam, że świat Downów jest dla mnie wprost niepojęty, tak też myślę, iż wyroki Opatrzności są równie odległe od ludzkiej logiki. Godzę się ze statystyką, choć trudno przechodzi mi przez gardło słowo „przypadek”. Pocieszam się, że podobnie i Einstein nie pogodził się ze statystyczną interpretacją mechaniki kwantowej stwierdzając „Bóg nie gra w kości”. Godzę się na brak wiedzy, na całkowity brak wyjaśnienia – przecież statystyka opisuje tylko zaistniałe zjawiska. Przyjmuję, bez pokory i czasem ze złością, ułomność logicznego rozumowania. Może nawet czasem się wściekam… Lecz nadal nie potrafię zmienić kwaśnego smaku. Liżę przekrojoną cytrynę i aż mnie skręca! Ach ten smak…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *