Archiwa kategorii: zabawy

Zimowy pokaz mody

8 stycznia  mieliśmy w szkole imprezę pt.”Zima na górce i w górach”.  Podczas jej trwania przewodnik górski opowiedział nam o zasadach bezpiecznej wspinaczki. Potem zaprezentowaliśmy nasze kreacje zimowe, a na koniec bawiliśmy się biorąc udział w zimowych konkursach…


Tym razem zaprezentowałem spodnie z „płatkami śniegu”, jako alternatywę dla  obecnych w sprzedaży spodni z dziurami i przetarciami. Frywolitki w kształcie płatków śniegu wykonała moja mama.

Dzięki tym spodniom zakwalifikowałem się do finałowej grupy, której stroje wyróżniło jury…

Oprócz spodni miałem srebrną kurteczkę, która pamiętacie może z zabawy noworocznej, kiedy przebrałem się za kosmitę!

Brałem udział w wyścigu sanek z pasażerem i byłem ostrożny …

…aż do przesady. Ale cóż bezpieczeństwo przedkładam ponad szybkość!

Najważniejsze, że misiek dojechał na metę. Chyba znacie to powiedzenie, że pośpiech jest zgubą ludzkości?! Ja je znam i hołduję mu całym moim życiem…

Atrakcji było wiele, więc się nie dziwcie, że jestem trochę zmęczony.

Pan ratownik pokazywał nam , że można jeździć na nartach, nawet kiedy nie ma śniegu!

Dziękuję, to było fajne doświadczenie!

 

W Nowym Roku – nowe wyzwanie

Maks dostał na gwiazdkę klocki lego. I nie dlatego, że takowych nie ma w domu, lecz właśnie dlatego, że są w dużych ilościach i do tego mocno zmieszane, więc trudne do użycia dla początkujących. Maks kiedyś w szkole poszedł na warsztaty z budowania z klocków lego, ale osoba prowadząca stwierdziła, że to dla niego za wcześnie…

Budowanie wymaga wyobraźni, albo instrukcji,  jak łączyć klocek po klocku … Dla Maksa wybrałam tę drugą wersję i dlatego kupiłam klocki z instrukcją budowania. Trochę się jednak zawiodłam na instrukcji. Nie zawiera ( jak kiedyś) wszystkich możliwych przykładów  i wysyła do sieci, żeby znaleźć inne rozpisane przykłady możliwe do zbudowania w danym zestawie.

Maks też był zdziwiony propozycją budowania. To zupełnie go nie wciąga…no chyba, że zbudujemy pistolety!


Maks ma kłopoty z dociskaniem klocków, więc nad tą „pasją” będziemy musieli popracować.

Jeszcze nie skończyliśmy, ale Maks już  się przeciąga i próbuje zmienić aktywność.

Zajęłam się porządkowaniem posiadanych klocków i zajęło mi to dużo czasu. Następnie będę musiała wydrukować dla Maksa instrukcje do budowania. A potem pokazać mu że można się tak fajnie pobawić.

Spotkanie przedświąteczne z Fundacją Dziecięca Fantazja

17 grudnia Maks był na Świątecznej Kolacji i koncercie zorganizowanym przez Fundację Dziecięca Fantazją w Hotelu Renaissance Warsaw Airport. Imprezę poprowadził Jacek Kawalec. Organizatorzy zadbali o świąteczny nastrój i atrakcje dzięki, którym ten wieczór będziemy długo wspominać.

Uroczysta kolacja przy muzyce.

Jedyny minus kolacji to deser- w postaci bezy. Dzieci z problemami nie powinny jeść takiej ilości cukru, a przecież trudno im odmówić na takim przyjęciu…

Po występie iluzjonisty, po piosenkach Jacka Kawalca przyszedł czas na wspólne kolędowanie.

Maks był bardzo zadowolony. Na koniec zrobił sobie pamiątkowe zdjęcie z Panem Jackiem, który podbił nasze serca swoja bezpośredniością.

Maks i Pan Jacek Kawalec.

Maks spotkał parę, króra mniej mówiła niż on, a właściwie w ogóle nie mówiła!

Jak widać świetnie synchronizują się z mimice i mowie ciała.

Bardzo dziękujemy Fundacji Dziecięca Fantazja za wieczór pełen atrakcji i upominek.

 

Nauka programowania

Dziś już przedostatni dzień VI Warszawskiego Festiwalu Kultury bez Barier. Wybraliśmy się z Maksem do Urzędu Komunikacji Elektronicznej na naukę programowania przy użyciu gry edukacyjnej – „Scottie GO”.

Fabuła gry jest następująca: robocik Scottie podróżuje w kosmosie swoim statkiem. Kiedy chciał się napić wody jego statek zderzył się z satelitą, woda wylała się na panel sterujący, doszło do zwarcia i eksplozji. Statek rozpadł się na kawałki, które spadły w różne miejsca planety Ziemia, ponieważ podczas zderzenia pojazd Scottiego był w jej polu grawitacyjnym. Zadaniem gracza jest pomóc Scottiemu poznajdować kawałki rakiety i złożyć je od nowa.
W tym celu, linia po linii, dziecko buduje program na specjalnej planszy. Po zrobieniu zdjęcia tabletem uruchamiany jest Scotti, który porusza się według napisanego programu. Program tworzy się korzystając z tekturowych linii z różnymi komunikatami: start, krok, skręć w prawo, skręć w lewo, podnieś, przeskocz…., koniec

Po ułożeniu linii programu trzeba zrobić zdjęcie tabletem i sprawdzić, czy robocik dobrze wykona zadanie, które mu zaprogramowaliśmy.

Potem na ekranie tabletu obserwujemy, czy program zadziałał, czy nie. Jeśli nie, to musimy poprawić którąś linię programu i ponownie zrobić zdjęcie…

Tak wygląda gra „Scottie GO”.

Na początku Maks był zainteresowany. Początki są dość proste, choć trzeba dobrze orientować się w przestrzeni i wiedzieć w którą stronę skręcić, oraz ile kroków zrobić.

Na koniec zajęć dzieci dostały dyplomy.

Podczas warsztatów pani porozumiewała się z dziećmi niesłyszącymi za pomocą języka migowego. Tu też widać różnicę w funkcjonowaniu osób z deficytami. Prościej coś wytłumaczyć gestami osobom w normie intelektualnej, które nie słyszą, niż osobie upośledzonej, która słyszy, ale nie bardzo rozumie co ma zrobić.

Zapisując się na warsztaty trzeba było podać rodzaj niepełnosprawności dziecka, żeby organizatorzy zapewnili mu właściwe wsparcie. Maksem był jedynym dzieckiem niepełnosprawnym intelektualnie. Wszystko tłumaczyłam mu sama i niestety nie mieliśmy żadnego profesjonalnego asystenta, który by nas wspierał!

Maks na Ranczu Oregon

Fundacja Galopujące Serca zaprosiłą dzieci ze Stowarzyszenia Zakątek 21 na dzień otwarty na Ranczu Oregon w Kampinosie. Tak miłe zaproszenie zachęciło nas, żeby w niedzielę przejechać 45 km na zajęcia hipoterapeutyczne, a przy okazji spotkać się ze znajomymi z Zakątka 21.

Maksowi spodobał się okręt i bawił się czekając na kolegów.

Udało mu się jeszcze zmieścić w taką małą zjeżdżalnię.

Dzieci miały zaplanowane zajęcia, żeby się nie nudziły czekając na swoją konną przejażdżkę. Każde dostało gliniane popiersie konia do pomalowania.

Cała grupą zwiedziliśmy ranczo i poznaliśmy zwierzęta, które tam mieszkają.

W boksie w stajni były też kozy.

Maks lubi zajęcia z hipoterapii.

Na koniec Maks poskakał z kolegami na trampolinie.

Ranczo Oregon to bardzo ładnie położony teren na skraju Puszczy Kampinowskiej. Duży teren, z krytą ujeżdżalnią na wypadek deszczu. Można tam fajnie spędzić czas, a nawet urządzić urodziny. Jedynym minusem dla nas jest odległość. Prawie 50 km w jedną stronę. Niemniej jednak może uda nam się wybrać jednym samochodem w dwie rodziny.

Dziękujemy Fundacji Galopujące Serca za zaproszenie i zorganizowanie nam niedzielnego wypoczynku.

 

Dziesiąty turnus w Rowach za nami

W tym roku mieliśmy nowe animatorki zajęć na turnusie. Panie Annę, Renatę i Darię. Na koniec napisałam dla nich wierszyk jako wyraz naszego podziękowania za ich pracę i zaangażowanie.

Kończy się turnusu czas
Już za chwilę każdy z nas
Wypoczęty, opalony
Wróci wkrótce w swoje strony.

Dziś, gdy wszyscy się żegnamy
Trzeci turnus wspominamy.
Dziękujemy za te chwile,
Które wspominamy mile:

Za ogniska z atrakcjami,
Za spotkania wieczorami,
Za tematy poruszone,
I za filmy wyświetlone.

Dzieci wiele zajęć miały
Raz tańczyły, raz śpiewały,
I na plaży w słońca blasku
Budowały zamki z piasku.
Japońskiego się uczyły,
Czym nas wszystkich zachwyciły.

Paniom: Reni, Darii, Ani
Dziękujemy dziś brawami!
Za końcowe przedstawienie
Dziękujemy ze wzruszeniem.
I choć dzisiaj się żegnamy
Może za rok się spotkamy.

Zabawa cowboy’skiem klimacie.

Dzień Meksykański z ogniskiem

Zabawa z  japońskimi znakami i nauka piosenki

Czerwona farba na flagę japońską.

Na opasce japońskie litery.

A wieczorem tańce.

 

Rowy 2018 – jak to jest z tą mową

W tym roku po raz dziesiąty byliśmy na turnusie Stowarzyszenia Bardziej Kochani w Rowach. Jedyna zmiana była w terminie. Tym razem pojechaliśmy na ostatni, trzeci turnus. W związku z tym prawie wszystkie osoby, które spotkaliśmy były dla nas nowe. Rodzeństwo Maksa zawsze pyta mnie: czemu stale jeździmy w to samo miejsce? Odpowiedź jest prosta – robimy to dla Maksa, żeby wakacje spędzał w gronie dzieci i młodzieży takich jak on…

To zawsze wydawało mi się oczywiste. Kiedy jeździ się w to samo miejsce w gronie osób, które się długo zna, to i dzieci się znają i wiedzą jak funkcjonuje nasz Maks, a właściwie chodzi tu głównie o to, że są przyzwyczajone do tego, że Maks nie mówi. Przyjazd w stare miejsce, ale w nowym towarzystwie okazał się dla mnie odkrywczy.

Okazało się, że wejście Maksa w nowe otoczenie dzieci z zespołem Downa nie jest wcale automatyczne i łatwe. Tu też działają mechanizmy takie jak w środowisku wszystkich dzieci: trzeba być jakoś atrakcyjnym, żeby koledzy chcieli cię w grupie.

Jakiś dramatycznych sytuacji odtrącenia nie było, ale ja tak to odebrałam po minach starszych kolegów w trakcie wspólnych zabaw organizowanych przez animatorki.

Co myśli Maks na ten temat – na pewno się nie dowiem. On jest zadowolony stale. Jemu do szczęścia wystarczy to, że nauczył się nowego słowa „paluch”, które w kółko powtarzał, co wywoływało zdziwienie nastolatków turnusowych. Innym musiałam tłumaczyć, że Maks jest tak dumny z tego nowego osiągnięcia werbalnego, że upaja się nim i nas upaja przy okazji. Jedno słowo i do tego cała historyjka „jak to z paluchem było”…

Na plaży siedzieliśmy z nowo poznaną mamą i jej dwiema córkami – obie z zespołem Downa. Tacie Maksa dzieciaki zasypywały stopy. On ruszał paluchem i praca nad zasypaniem stóp trwała nieprzerwanie. Co tylko zrobiła się dziura w górce piasku i wyłonił się w niej paluch, dziewczyny krzyczały: „paluch, paluch”… No i Maks nauczył się wtedy tego słowa, pewnie przez emocje jakie towarzyszyły tej sytuacji. Kiedyś przechodził obok tych dziewczynek i popisywał się nowym słowem. Wtedy ta starsza zawołała: ty jesteś paluch. I tak Maks otrzymał ksywkę, która pewnie dlatego się nie przyjęła, że inne dzieci tego nie słyszały, a może z innego powodu, którego już nie dociekam, bo i tak będą to tylko domysły.

Animatorki mieliśmy bardzo ambitne. Na koniec turnusu dzieci pod ich kierunkiem wystawiły przedstawienie pt. „Dary Nowego  Roku” wg wiersza Wiery Badalskiej.
Oczywiście powstały dwie grupy: jedna recytująca, a druga tańcząca. Rodzice przygotowali dzieciom ozdoby z krepiny: chłopcom naszyjniki, a dziewczynkom spódniczki. I trzeba powiedzieć, że przedstawienie się udało, choć były tylko cztery próby. Rodzice byli wzruszeni… Tylko oczywiście okazało się, że nawet tekst wypowiadany przez dzieci, które mówią, trudno jest zrozumieć. Panie Animatorki były na to przygotowane, na ekranie był wyświetlany tekst, które dzieci mówiły, ale fakt pozostaje faktem.


A na zdjęciu grupa taneczna tuż przed przedstawieniem. Pod dekoracjami drzew siedzą dzieci z grupy recytującej.

Te wspaniałe maszyny

Muzeum Techniki w PKiN jest aktualnie w remoncie, ale można zobaczyć wystawę: „Perełki polskiej motoryzacji”. Chłopcy lubią auta, więc poszliśmy…

Tylko do  pięciu samochodów można wsiąść, co trochę nas rozczarowało…

Pierwszy samochód produkowany seryjnie w Polsce CWS T-1. Co prawda seria zamknęła się w liczbie kilkuset egzemplarzy, ale musiało minąć ćwierć wieku zanim zaczęto produkować następne samochody. To jest kopia prototypu z 1925 roku.

Do malucha można było wsiąść i na motocykl K-750 zwany w latach sześćdziesiątych „Kaśką”…

Te wystawę szybko obejrzeliśmy i poszliśmy do Sali Marmurowej… do GFS – Galerii Figur Stalowych, która do PKiN zawitała gościnnie z Pruszkowa.

Tam dopiero chłopcy sobie powsiadali do aut i pobawili się na całego!

Zmienialiśmy auta jak rękawiczki…

Fotografowaliśmy się indywidualnie i grupowo!

I długo nie mieliśmy tego dosyć… Tym bardziej, że kierownicą można kręcić, pedał gazu wcisnąć i jeszcze jakieś inne skrytki pootwierać.

Na wystawie jest ponad dziesięć różnych samochodów, kilka motocykli, żelazny tron jak w filmie „Gra o tron” i figury bohaterów filmowych.

No kto by nie chciał posiedzieć na żelaznym tronie, tym bardziej, że ten w przeciwieństwie do opisanego w powieści R.R. Martina, nie kaleczy.

Maks wczuł się w klimat Gwiezdnych Wojen…

Były też stalowe  minionki.

I też takie postacie, których nie znamy.

Bardzo polecam tę wystawę miłośnikom stalowych maszyn!

Z Pałacu poszliśmy do ZOO. Chłopcy byli już trochę zmęczeni…

Igor bezbłędnie nazywał widziane zwierzęta.

Popatrzyliśmy sobie z ławeczki na lemury katta…

Większość uwagi poświęciliśmy rodzinie nosorożców. Patrzyliśmy jak samica nie odstępuje nawet na krok swojego małego oseska, i na samca, który urządził sobie SPA  w błocie…

Centrum Nauki Kopernik

We wtorek pojechaliśmy metrem M1 i M2 do Centrum Nauki Kopernik. Dla Igora jest to największa atrakcja w Warszawie. Maks był tam wcześniej dwa razy z klasą, a ja byłam po raz pierwszy. Bilety kupiliśmy przez internet, więc nie staliśmy w kolejce do kasy. Przyjechaliśmy jednak na miejsce trochę za wcześnie i posiedzieliśmy nad Wisłą, czekając aż zbliżymy się na pół godziny do zaplanowanej godziny wejścia.

Pogodę mieliśmy świetną i humory nam dopisywały. W CNK jest tyle rzeczy do obejrzenia i do przeprowadzenia własnych  eksperymentów, że czas płynie jak wartka rzeka.

Obserwując wahadło Foucaulta przekonujemy się empirycznie, że Ziemia się obraca…

Maks doświadcza siły trąby powietrznej…

To latający dywan, albo bardziej współcześnie – poduszkowiec…

Dla tych co lubią własny głos…

Zrozumienie wszystkiego czego doświadcza się w CNK jest nie lada wyzwaniem nawet dla dorosłych, co nie zmienia faktu, że poeksperymentować jest fajnie…

Chłopcy próbowali zbudować kopułę, ale źle dopasowali  klocki i budowla runęła po spuszczeniu powietrza z niebieskiej poduchy.

Maksowi bardzo podobało się „radio w gębie”. Mimo, że nie zatkał uszu i tak słyszał muzykę.

Chodziliśmy i doświadczaliśmy sytuacji, którymi rządzą prawa fizyki aż rozbolały nas nogi. Wtedy zdecydowaliśmy się opuścić CNK i wrócić do domu na obiad.

Potem poszliśmy do kina na Wyszczekanych, a po każdym usłyszeniu imienia „Maks” – Maks pokazywał na siebie…

13 urodziny Maksa

Trzynaste urodziny już za Maksem. Była piniata w kształcie smoka i były w niej niespodzianki. To miały być rycerskie urodziny więc w brzuchu smoka znalazły się czekoladowe monety, wachlarze do malowania dla dam i opaski do samodzielnego ozdobienia. Notesiki i pisaki i kosmiczne pistolety do ubicia kosmicznych potworów.

To była dla Maksa trzecia piniata do rozbicia w tym miesiącu…

…i zamiast ją rozbijać to stał z boku i obserwował jak inni się męczą.

Piniata była spora, trzy strefy, w tym w dwóch częściach w balonach zostawiłam powietrze, więc rozbicie części z balonem pełnym powietrza było bardzo trudne.

To co wypadało z brzucha smoka okazało się mniej interesujące niż rozdrobnienie piniaty na małe kawałeczki, a więc było co wybierać z pomiędzy źdźbeł trawy.

Dużą radością było śpiewanie i tańczenie, a także grupowe zawody w przerzucaniu balona z wodą pomiędzy rodzinnymi  drużynami.

Dmuchanie świeczek na torcie jakoś szybko się skończyło, co upewnia mnie, że nie można zbyt przyzwyczajać się do utartych schematów.

Wszystkiego najlepszego synku!