Dzień życzliwości

21 listopada przypadał Dzień Życzliwości. W naszej szkole obchodziliśmy go w piątek. Przez trzy tygodnie można było wrzucać listy do naszej szkolnej skrzynki życzliwości.

A w piątek każdy  z nas dostał listy, które do niego były w skrzynce.

Najpierw pokażę Wam list dla  mojej mamy, która często towarzyszy  naszej klasie na wycieczkach.

Dostałem bardzo smaczny list, prawda?

Po drugiej stronie była zdrapka…

Zdrapałem!

Mama oczywiście zobaczyła moje listy i poprosiła, żebym przeczytał jej list, z butelki.

Mama zna te wszystkie symbole, ale  zawsze udaje, że  nie wie o co chodzi, żebym ja  musiał  jej to wszysko wytłumaczyć.

Wstukałem wiadomość do mówika. Mama zadowolona, ja nie bardzo! Ktoś życzliwy  uważa, że jestem leniwy! Co za pomysł…

W Dniu Życzliwości przekazujemy sobie miłe wiadomości. Mam w klasie 4 kolegów i 3 koleżanki i dostałem dwie kartki…Myślicie, że to zbyt mało? Co to, to nie! Jak  bym dostał więcej takich listów, to miałbym dużo roboty, żeby je wszystkie mamie przeczytać. A ja i tak wiem, że my w klasie bardzo się lubimy, nawet jak nie wysyłamy do siebie liścików. Rozumiecie – oszczędzamy papier!

Muzeum Warszawskiej Pragi

Czy w muzeum mogą odbywać się przedstwienia? Do tej pory myślałem, że w muzeum tylko się zwiedza i ogląda eksponaty. Jednak ostatnia wizyta w Muzeum Warszawskiej Pragi odmieniła moje poglądy na to, co można robić w muzeum.

Razem z moją klasą byłem na wyjątkowym przedstawieniu pt.”Piraci z dna Wisły”.

Spektakl dość wyjątkowy. Połączono w nim przedstawienie muzyczne z występem cyrkowym. Fabuła osnuta wokół Wisły, choć postacie, które ją zamieszkują zwykle pływają w morzach. Poza tym na spektaklu można było robić zdjęcia, co we wszystkich innych teatrach jest zabronione.

Przedstawiam Wam „Ząbka”, tak na niego wołają bo ma na zębach aparat ortodontyczny, ale naprawdę nazywa się Marcin Ząbkowski i o nim jest ta historia.

Tu widzicie jego mamę – bileterkę z Praskiego Teatru Lalek, który się spalił i mama została bez pracy. Ta dramatyczna sytuacja wywróciła życie”Ząbka”do góry nogami.

Pakując rzeczy w piwnicy, spotkał pytona, z którym postanowił wyprawić się na poszukiwanie skarbu, który był zaznaczony na mapie znalezionej w skrzyni.

Razem z „Ząbkiem” poznaliśmy wiele ciekawych postaci:

Dziki, które ryją trawniki na Białołęce,

Grubą Kaśkę w towarzystwie Gwizdka…

Dwie tarcze wiertnicze – Annę i Marię.

I ośmiornicę, której się przestraszyliśmy!

Historia ma jednak dobre zakończenie! Jakie? Tego Wam nie powiem. Wy też powinniście zobaczyć to przedstawienie. Jest naprawdę dobre!

Na koniec zrobiliśmy sobie wspólne zdjęcie z pytonem.

Pieczemy biszkopt z dynią

Ostatnio, w ramach mojej nauki języka hiszpańskiego, pieczemy ciasta, z pszepisów hiszpańskich. Wyszukiwałam ciasta z dodatkiem dyni, bo akurat trochę dyni zostało nam z gotowania zupy dyniowej. Mój wybór padł na prosty przepis, który ma dla mnie tę zaletę, że jest w formie pisanej o znajomo brzmiącej nazwie bizcocho. Ja uczę się języka, a Maks uczy się piec. Przepis zaczyna się od ugotowania 200 gramów dyni na parze, albo w mikrofali. My korzystaliśmy z mikrofalówki , w której po 6 minutach dynia była ugotowana.

Następnie 4 całe jajka i 300 gramów cukru dobrze mieszamy. (Pomogliśmy sobie mikserem)

Po zmiksowaniu jajek z cukrem, dodajemy ostudzoną dynię, którą rozgnietliśmy widelcem na papkę.

Następnie dodajemy 200 ml oleju, nie mieliśmy słonecznikowego i daliśmy rzepakowy.

który wlaliśmy do miski z jajami, cukrem i dynią. Wszystko dobrze mieszamy.

Następnie dodaje się mąkę ( 300 gramów pszennej) z proszkiem do pieczenia małymi porcjami i dobrze miesza. W przepisie jest skórka starta z cytryny. My dodaliśmy skórkę pomaranczową.

Maks powoli przekłada ciasto łyżką (ćwiczy rękę, gdyż w szkole na lekcji gotowania nakładanie ciasta łyżką słabo mu szło)

Trochę to trwało, ale się udało! (  nasze ciasto było gęstsze niż to na filmie)

Ciasto pieczemy około 50 minut w temperaturze 180C.

Ciasto nam się udało i smakowało!


– Polecam ten przepis !

 

Wernisaż w Stołecznym Centrum Edukacji Kulturalnej

W piątek 16 listopada klasa Maksa była na wernisażu podsumowującym działalność artystyczną dzieci i  młodzieży niepełnosprawnej uczęszczającej do Grupy Aktywności Twórczej w Stołecznym Centrum Edukacji Kulturalnej.

Maks obejrzał prace kolegów. Czekając na wernisaż mieliśmy okazję posłuchać jak gra na fortepianie uczeń szkoły muzycznej.

Podczas wernisażu dzieci wysłuchały dwóch opowieści. Pierwszej o wyjątkowo utalentowanym chłopcu z Japonii, który wszędzie malował koty, oraz drugiej opowieści – o jabłonce, która chciała mieć gwiazdki, takie jak na niebie…

Każdy z uczestników wernisażu otrzymał pół jabłka, a w nim swoją gwiazdkę, która symbolizuje ukryty talent.

W wirtualnej galerii znalazły się zdjęcia najlepszych prac uczestników Grupy Aktywności Twórczej. Okazało się, że najlepszą pracą Maksa w tym roku był paw.

Pamiątkowe zdjęcie z Panią Asią, która uczy nas malować.

Jesienny pokaz mody

Jesień w tym roku była wyjątkowo ciepła i zielona, ponieważ liście na drzewach wciąż jakby pamiętając lato nie spieszyły się ze zmianą koloru …

Jak  się ubierać , żeby dobrze dostosować się do panującej aury? Jakie kolory najlepiej pasują do jesieni? Na te pytania każdy z nas udzielił indywidualnej odpowiedzi przygotowując swój strój na szkolny pokaz mody!

Czekam na swoje trzy minuty ze spokojem i uśmiechem na twarzy.

I oto ja, na wybiegu w stroju sportowym, w wesołych kolorach jesiennych, w bluzie  firmy young reporter.

Pokaz mody to nie tylko prezentacja ubioru, to przede wszystkim dobra rozrywka: udział w konkursach i wspólne zabawy.

Wziąłem udział w konkursie Nordic Walking z plecakiem turystycznym na plecach.

To było niezapomniane przeżycie, ponieważ tym razem kijki w dłoniach to nie pałeczki od bębna…

Uczyliśmy się także jesiennej piosenki.

Nauka programowania

Dziś już przedostatni dzień VI Warszawskiego Festiwalu Kultury bez Barier. Wybraliśmy się z Maksem do Urzędu Komunikacji Elektronicznej na naukę programowania przy użyciu gry edukacyjnej – „Scottie GO”.

Fabuła gry jest następująca: robocik Scottie podróżuje w kosmosie swoim statkiem. Kiedy chciał się napić wody jego statek zderzył się z satelitą, woda wylała się na panel sterujący, doszło do zwarcia i eksplozji. Statek rozpadł się na kawałki, które spadły w różne miejsca planety Ziemia, ponieważ podczas zderzenia pojazd Scottiego był w jej polu grawitacyjnym. Zadaniem gracza jest pomóc Scottiemu poznajdować kawałki rakiety i złożyć je od nowa.
W tym celu, linia po linii, dziecko buduje program na specjalnej planszy. Po zrobieniu zdjęcia tabletem uruchamiany jest Scotti, który porusza się według napisanego programu. Program tworzy się korzystając z tekturowych linii z różnymi komunikatami: start, krok, skręć w prawo, skręć w lewo, podnieś, przeskocz…., koniec

Po ułożeniu linii programu trzeba zrobić zdjęcie tabletem i sprawdzić, czy robocik dobrze wykona zadanie, które mu zaprogramowaliśmy.

Potem na ekranie tabletu obserwujemy, czy program zadziałał, czy nie. Jeśli nie, to musimy poprawić którąś linię programu i ponownie zrobić zdjęcie…

Tak wygląda gra „Scottie GO”.

Na początku Maks był zainteresowany. Początki są dość proste, choć trzeba dobrze orientować się w przestrzeni i wiedzieć w którą stronę skręcić, oraz ile kroków zrobić.

Na koniec zajęć dzieci dostały dyplomy.

Podczas warsztatów pani porozumiewała się z dziećmi niesłyszącymi za pomocą języka migowego. Tu też widać różnicę w funkcjonowaniu osób z deficytami. Prościej coś wytłumaczyć gestami osobom w normie intelektualnej, które nie słyszą, niż osobie upośledzonej, która słyszy, ale nie bardzo rozumie co ma zrobić.

Zapisując się na warsztaty trzeba było podać rodzaj niepełnosprawności dziecka, żeby organizatorzy zapewnili mu właściwe wsparcie. Maksem był jedynym dzieckiem niepełnosprawnym intelektualnie. Wszystko tłumaczyłam mu sama i niestety nie mieliśmy żadnego profesjonalnego asystenta, który by nas wspierał!

Wspomnienia z wakacji

W SCEK malowaliśmy  wspomnienia z wakacji. Pani Asia przygotowała dla nas reprodukcje, które służyły nam za inspiracje.


Czekam na farby…

Wyjatkowo szybko powstała ta twarz…a potem artysta jakby stracił wenę!

Bardzo powoli powstawała ta praca. Autor skoncentrował się tak na postaci, że zabrakło mu sił na namalowanie tła…

Czy z lewej, czy z prawej strony nadal nie widać drugiego planu…

W końcu jednak praca została ukończona ( wspólnymi siłami)

Maks aktorem w teatrze lalkowym

Wczoraj rozpoczął się w Warszawie „VI Festiwal Kultury Bez Barier„, który potrwa do 14 października. Celem festiwalu jest ułatwienie osobom niepełnosprawnym skorzystania z różnych atrakcji kulturalnych. My  wybraliśmy się  na warsztaty „Niezwykłe Lalki”, który poprowadziła aktorka Teatru Baj pani Elżbieta Bieda.

Najpierw dokładnie obejrzeliśmy lalki i dowiedzieliśmy się jak pracuje się z kukłami, pacynkami, marionetkami i jawajkami. Zobaczyliśmy materiały, z których robi się lalki. Na koniec dzieci uczestniczące w warsztatach wybierały sobie lalki i odgrywaly swój własny mini spektakl.

Maks był zachwycony, że może występować. Pani Elżbieta, która prowadziła warsztaty, pomagała dzieciom w realizacji ich spontanicznych występów na żywo, co dobrze ilustruje występ Maksa z pacynką.

Maksowi bardzo podobała się lalka jawajka, która ożywiliśmy na koniec warsztatów.

Maks na Ranczu Oregon

Fundacja Galopujące Serca zaprosiłą dzieci ze Stowarzyszenia Zakątek 21 na dzień otwarty na Ranczu Oregon w Kampinosie. Tak miłe zaproszenie zachęciło nas, żeby w niedzielę przejechać 45 km na zajęcia hipoterapeutyczne, a przy okazji spotkać się ze znajomymi z Zakątka 21.

Maksowi spodobał się okręt i bawił się czekając na kolegów.

Udało mu się jeszcze zmieścić w taką małą zjeżdżalnię.

Dzieci miały zaplanowane zajęcia, żeby się nie nudziły czekając na swoją konną przejażdżkę. Każde dostało gliniane popiersie konia do pomalowania.

Cała grupą zwiedziliśmy ranczo i poznaliśmy zwierzęta, które tam mieszkają.

W boksie w stajni były też kozy.

Maks lubi zajęcia z hipoterapii.

Na koniec Maks poskakał z kolegami na trampolinie.

Ranczo Oregon to bardzo ładnie położony teren na skraju Puszczy Kampinowskiej. Duży teren, z krytą ujeżdżalnią na wypadek deszczu. Można tam fajnie spędzić czas, a nawet urządzić urodziny. Jedynym minusem dla nas jest odległość. Prawie 50 km w jedną stronę. Niemniej jednak może uda nam się wybrać jednym samochodem w dwie rodziny.

Dziękujemy Fundacji Galopujące Serca za zaproszenie i zorganizowanie nam niedzielnego wypoczynku.